niedziela, 5 sierpnia 2012

Chapter XV


- Może wjedziesz na herbatę? Albo gorącą czekoladę?- zaproponowałam, puszczając do niego oczko.

- Na czekoladę bardzo chętnie.- uśmiechnął się i gestem ręki, dał mi pierwszeństwo. Uśmiechając się w duchu, wyciągnęłam klucze i otworzyłam drzwi. Wchodzą do domu, zauważyłam, że na podłodze leży jakaś biała kartka. Podniosłam ją, jednocześnie wskazując Piotrkowi drogę do salonu.

- A co to?- zapytał.

- Nie mam pojęcia. – spojrzałam na kartkę, która okazała się być kopertą. Szybkim ruchem otworzyłam ją i zaczęłam czytać.

- Stało się coś?-  Piotrek szybko wstał i podszedł do mnie zaniepokojony.

- Pfff…. Nie. Chyba nie. To Miłosz. Pisze, ze mnie bardzo przeprasza i wgl jakieś z dupy rzeczy. I zaprasza mnie na kolację dziś. DZIŚ?! Coo? O 21. Która jest?- zapytałam zdenerwowana.

- Za 5. Masz zamiar iść?

- Nie mam zamiaru nigdzie iść, bo to niby on ma tu po mnie przyjechać. Pfff… To się zdziwi.- zaczęłam się śmiać, co także zaczęło udzielać się Piotrkowi.

- Nie bardzo wiem o co chodzi. I z czego się śmieje. To wgl jest śmieszne?- zapytał Piotr, czym jeszcze bardziej mnie rozbawił.

- Zobaczysz.- uśmiechnęłam się i poszłam do sypialni.- Idę się przebrać. Możesz otworzyć wino? Stoi w kuchni na blacie.

- Po co ci wino? Mieliśmy pić czekoladę.

- Otwieraj, nie marudź. – uśmiechnęłam się i zniknęłam za drzwiami. Z szafy wyciągnęłam szybko moją sukienkę na czarną godzinę. Schowaną głęboko i wyciąganą tylko na wyjątkowe okazję. Oj tak, ta zdecydowanie taka była. Zdjęłam jeansy i koszulkę i założyłam tę sukienkę, w kolorze głębokiej czerwieni z dość duuużym dekoltem. Włosy spięłam w niedbały kok, a na szyję założyłam złoty wisiorek. Z szafy wyciągnęłam swoje najwyższe, czarne szpilki. Wyglądałam zdecydowanie…hm… wyzywająco. I tak miało być. Wyszłam pokazać się Piotrkowi.

- Żartujesz??- zapytał wbijając we mnie swój wzrok.

- Nie. – uśmiechnęłam się.- Tylko proszę cię Piotrek, współpracuj ze mną. Błagam.

- O co chodzi?

- O niic. Otworzyłeś już to wino?- zapytałam.

- No tak. Proszę.- wręczył mi kieliszek z płynem w kolorze mojej sukienki.

- Za naszą przyjaźń.- uśmiechnęłam się do zdezorientowanego Piotrka i stuknęłam swoim kieliszkiem, o jego.

- W ogóle nie rozumiem kobiet.- uśmiechnął się i zaczął pić. Ja również, tyle, że zamiast wlewać płyn w swoje gardło, wlałam go na koszulkę i spodnie Piotra.

- Jezu, przepraszam! – krzyknęłam z przerażeniem. Jednak moje przerażenie stopniowo zaczęło zmieniać się w wybuchy śmiechu. Nie mogłam się opanować.

- Cholera! No dziękuję bardzo! Widzę, że ty się świetnie bawisz!- zaczął krzyczeć na mnie Piotr.- Wychodzę!

- No przestań. Gdzie pójdziesz taki mokry. Idź wypierz sobie w łazience.- odwrócił się obrażony i poszedł do łazienki.- Nie gniewaj się na mnie, proszę. Nie chciałam.

- No wiem, wiem…- odwrócił się i wytknął mi język. Po chwili zniknął za drzwiami łazienki, a ja mogłam wreszcie swobodnie wybuchnąć śmiechem. Nie dane jednak było mi się długo śmiać, ponieważ usłyszałam pukanie. Przeżegnałam się i poszłam otworzyć.

- Hej. – uśmiechnął się Miłosz. – Widzę, że już gotowa. To dla ciebie.- mężczyzna wręczył mi bukiet czerwonych róż, których nota bene nienawidzę i wszedł do środka, jakby go ktoś zapraszał.- Wyglądasz… oszałamiająco.- dodał.

- Dziękuję. Właściwie to… nigdzie się nie wybieram, ale bardzo doceniam twoje starania.

- Jak to się nigdzie nie wybierasz? A ten strój? I wgl wszystko? Nie mów, że siedzisz tak, oglądając telewizję. – uśmiechnął się głupio, myśląc, że to żart.

- Właściwie to nie… Piotrek, możesz tu przyjść na chwilę?- krzyknęłam w stronę łazienki i po chwili zobaczyłam idącego w moją stronę nieświadomego Piotra…UWAGA, UWAGA!... tylko i wyłącznie w ręczniku obwiązanym wokół bioder. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu.

- W łazience nie było nic innego, to wziąłem… Dobry wieczór.- Piotrek stanął jak wryty widząc Miłosza, co również skutkowało w drugą stronę.

- Kochanie, chciałam ci kogoś przedstawić. – spojrzał na mnie, jakbym mu matkę zabiła, co odwzajemniłam uśmiechem.- To Miłosz, mój znajomy. Miłosz,- zwróciłam się do mężczyzny stojącego naprzeciwko mnie- to mój chłopak Piotrek.- uśmiechnęłam się, a chłopacy PODALI SOBIE RĘCE. Haha, myślałam, że posikam się, ze śmiechu. Piotrek tak jak prosiłam przejął inicjatywę i objął mnie w pasie.

- Może zaprosisz swojego gościa na herbatę?- zapytał Piotr uśmiechając się do mnie, sztucznie oczywiście.

- Właśnie. Może zostaniesz?- zapytałam Miłosza, siląc się na uprzejmość.

- Nie chcę wam przeszkadzać. Hmm… lepiej już pójdę.-  odpowiedział zmieszany chłopak.

- No coś ty, przestań. Nie przeszkadzasz. Laura, robi pyszną gorącą czekoladę, musisz spróbować! – Piotr uśmiechnął się, o dziwo tak naturalnie, że aż byłam w szoku!- Chodź!- złapał chłopaka za ramię i wprowadził do środka. Nie miałam wgl pojęcia co on robi.

- To ja pójdę do kuchni, a ty wprowadź gościa do salonu. – uśmiechnęłam się naturalnie jak tylko umiałam i poszłam przerażona w kierunku kuchni. 

Chapter XIV



Przebrałam się, wzięłam głęboki wdech i pobiegłam do kuchni.

- Zrób szybko sałatkę z tuńczykiem i bakłażanem. Tylko błagam cię szybko, bo klienci czekają już na nią 10 minut.- poprosił mnie Michał, pełnym przejęcia głosem. Dlatego czym prędzej zabrałam się za przygotowania. Niestety nie mogłam zrozumieć, dlaczego Piotr zostawił Michała samego na kuchni, skoro ledwo dawali sobie radę w dwójkę… Rozumiem, że papierkowa robota jest ważna, ale równie dobrze można to robić po pracy… Albo kiedy ruch jest mniejszy. Widocznie to musiało być coś ważnego, albo po prostu Piotr był strasznie wkurzony. Sama nie wiem, co gorsze.

Po półgodzinnej spince udało nam się opanować sytuację. Mogliśmy przygotowywać zamówienia na bieżąco. Gdy akurat kroiłam cebulę do zapiekanki, do kuchni wpadł, i to dosłownie, Piotr i zaczął czegoś przeraźliwie szukać. Szukał pod garnkami, w szafce na produkty, później w akcie desperacji nawet w koszu.

- Czego szukasz?- zapytałam.

- Faktury. Zginęła mi jedna faktura z hurtowni… Cholera mnie zaraz strzeli! Nie widzieliście faktury za owoce z czwartku? No cholera, ciekawe co ja teraz zrobię…- westchnął Piotr, zauważając, że wszyscy kiwają przecząco głowami.

- A jak jej nie znajdziesz to co się stanie?- zapytałam poruszona całą sprawą.

- To nie oddadzą mi kasy… Zawsze, jak jest faktura to oddają mi ułamek, niewielki, ale zawsze, ceny tych produktów.

- Poradzimy sobie jakoś bez tego. Nie z takich opresji wychodziliśmy.- uśmiechnęłam się do niego, przypominając sobie sanepid, który podczas rozkręcania interesu odwiedził nas kilkakrotnie w ciągu miesiąca. Albo drastyczny spadek klientów i co za tym idzie przychodów, podczas epidemii ptasiej grypy i innych absurdalnych chorób, typu choroba wściekłych krów. Piotr ledwo wiązał wtedy koniec z końcem, rozważał nawet możliwość zamknięcia lokalu, tak niskie były przychody. Był czas, kiedy cieszyliśmy się z jakichkolwiek przychodów, bo zdarzały się miesiące, gdy koszty przerastały zyski. Więc z tego tym bardziej wyjdziemy obronną ręka.

- A tak w ogóle to co ty tu robisz? – zapytał Piotr, zdziwiony, jakby dopiero co mnie zobaczył.

- Pracuję. Jeszcze.- uśmiechnęłam się do niego serdecznie, widząc, że trochę się rozluźnił i jego usta także skrzywiły się w lekkim uśmieszku.

- Mhm. Czyli rozumiem, że posłuchałaś mojej rady?

- No taak. Znaczy to trochę zagmatwana historia… Jeszcze nic nie podpisałam, mogę się jeszcze wycofać…

- Ani mi się waż! Pogadamy wieczorem. Chyba, że idziesz już do domu?- zapytał, tak jakbym już tam nie pracowała.

- No wiesz.. Przecież nadal tu pracuję.- udałam obrażoną i… rozpłakałam się. Dopiero teraz ta cholerna cebula zaczęła na mnie działać!

- Mam nadzieję, że to cebula. – uśmiechnął się. – Idę uporać się z tymi papierami i później przyjdę wam pomóc.- powiedział i odszedł w swoją stronę.

- Czyli przyjęłaś propozycję tego kucharza?- usłyszałam zza pleców głos Michała. Nie widziałam jego twarzy, ale wiedziałam, ze się uśmiecha.- Jestem z ciebie dumny.- poklepał mnie po ramieniu i zobaczyłam jego głowę obok mojej.

- Jeszcze nic nie przyjęłam. Ale chyba tak zrobię. Myślisz, że sobie poradzę?- zapytałam i spojrzałam na niego pełna strachu. Bałam się.

- No, a kto jak nie ty? Poza tym masz nas. Na pewno, gdy tylko będziesz potrzebowała, każdy z „Machiny” wyciągnie do ciebie pomocną rękę. A ja już na pewno!- krzyknął i zrobił dumną minę. Roześmiałam się na ten widok.- W czym ci pomóc?- zapytał i pogrążyliśmy się w pracy i rozmowie.

Wieczorem, gdy już zbieraliśmy się do domów, podszedł do mnie Piotr.

- No to teraz mamy czas. Możesz opowiadać jak to jest z tą restauracją.- uśmiechnął się do mnie i pomógł założyć mi marynarkę. Zaczęłam opowiadać mu wszystko od początku, o propozycji tego kucharza, później o spotkaniu z menagerem i informacja o śmierci szefa kuchni. I o całej sprawie z darowizną.

- Wiesz co? Zanim cokolwiek podpiszesz, musisz dobrze przeczytać umowę, bo mogą cię wkręcić w jakieś długi, czy coś takiego. Miej oczy szeroko otwarte.

- To żeś mnie wystraszył teraz… Wiesz… A może poszedłbyś tam ze mną?- spojrzałam na niego błagalnym spojrzeniem i uwiesiłam mu się na ramieniu, w akcie desperacji.

- No niech ci będzie…- udał, że robi to wszystko z łaski i wybuchnął śmiechem. Wyszczerzył do mnie swoje piękne ząbki i uśmiechając się do siebie i wygłupiając, poszliśmy ciemnym korytarzem w kierunku mojego domu. 

czwartek, 26 lipca 2012

Chapter XIII


Jakaś para właśnie weszła do restauracji i usiadła zaraz obok mnie. Zrobiło mi się bardzo smutno, kiedy patrzyłam na spoglądających na siebie z miłością ludzi nie wiele starszych ode mnie. W sumie sama mogłabym siedzieć tu tak jak oni, gdybym tylko chciała. Szczerze, to chciałam i to bardzo, jednak nie pozwalała mi na to moja cholerna duma. Szkoda, bo mogło być tak pięknie. Musiałam skończyć swoje rozmyślania, bo właśnie ku mojemu stolikowi zmierzał jakiś mężczyzna w wieku ok. 40 lat. I zdecydowanie nie był to ten szef kuchni, którego spotkałam wcześniej. Zaczęłam się trochę denerwować, że będę musiała tłumaczyć wszystko od nowa i wgl.

- Dzień dobry. To Pani chciała porozmawiać ze mną o restauracji?- przywitał mnie uściskiem, silnej i dużej, dłoni.

- Dzień dobry. No tak. Wasz szef kuchni zaproponował mi jakiś czas temu przejęcie tej restauracji ze względu na moje umiejętności i wyczucie smaku. I przyszłam dziś w związku z moją decyzją.

- Ooo. Doprawdy? Bo nic mi o tym niewiadomo.- odpowiedział mężczyzna, a ja zaczęłam się porządnie denerwować.

- Naprawdę. Jakiś tydzień temu byłam tu na obiedzie i w takich oto okolicznościach poznałam waszego kucharza.

- Trochę głupio, bo nic mi o tym nie mówił…

- To może poprośmy go tutaj, to nam to wszystko wyjaśni.- zaproponowałam.

- Myślę, że to niestety niemożliwe, bo Jan zmarł 2 dni temu.- odpowiedział mężczyzna, a ja nie wiedziałam, co zrobić.

- Oo. Przykro mi…- odparłam i spuściłam głowę w akcie bezradności.- Iii co teraz?

- Otrzymałem tę restaurację w spadku, tzn dopiero otrzymam, bo sprawa jest w przyszłym tygodniu. Wcześniej byłem menagerem tego lokum, ale że Jan nie miał żadnej rodziny restauracja po jego śmierci przypadła mnie. Szczerze, to praca tutaj zupełnie nie jest mi teraz po drodze, zakładam własną firmę i nie będę miał czasu na prowadzenie dwóch przedsiębiorstw. Ufam, że Jan naprawdę chciał przekazać Pani restaurację.

- Może to potwierdzić kelnerka, która mnie wtedy zaprowadziła do kuchni.- powiedziałam i wskazałam dłonią na dziewczynę odbierającą zamówienie. Poznałam ją bez problemu, mimo ubioru, które wszystkie kelnerki miały takie samo.

- Świetnie. Jeśli Pani nadal chcę tę restaurację to ja ją oddam. Skoro to było wolą Jana.

- Ale tak za darmo? Przecież mógłby Pan zażądać za nią dużych pieniędzy. Lokum świetnie usytuowane, nieźle prosperujące…

- Tak, wiem, ale Jan sam chciał ją komuś oddać. Mówił mi o tym i ja nie mogę robić czegoś wbrew jego woli. Całe swoje życie poświęcił dla tej restauracji i szczerze wierzę, że nie chciałby, żeby zarządzał nią człowiek bez pasji do gotowania, taki jak ja. Poza tym, jak już mówiłem, pozbywam się kłopotu. Nie mógłbym sobie pozwolić na  prowadzenie dwóch działalności jednocześnie. Może dla upewnienia chodźmy zapytać Magdy, jak to było.- powiedział i wstał przepuszczając mnie przodem, a następnie poszliśmy w kuchni, w której znajdowała się obecnie dziewczyna. Na moje szczęście kelnerka pamiętała mnie i potwierdziła moje „zeznania”. Chyba wszystko powoli zaczynało się układać. Mariusz, czyli obecny szef restauracji dał mi swoją wizytówkę i kazał zadzwonić w przyszłym tygodniu. Ustaliliśmy, że po rozprawie dotyczącej podziału majątku, Mariusz odda mi restaurację w formie darowizny. Zostawiłam mu swoje dane osobowe i adres, aby mógł zweryfikować moją wiarygodność. W końcu byłam dla niego obcym człowiekiem, któremu niekoniecznie musiał wierzyć. A w dzisiejszych czasach nie trudno zostać oszukanym. Chwila nieuwagi, źle podpisany dokument i problemy po uszy. A wiadomo, że nikt nie chciałby zostać zrobiony „w konia”. Z restauracji wyszłam szczęśliwa, ale jednocześnie zmartwiona, czy sobie poradzę. Muszę się nad tym dobrze zastanowić, skoro jeszcze mogę się wycofać. Wsiadając do autobusu prowadzącego do domu, zdecydowałam się pojechać do „Machiny”. W końcu przecież podjęłam decyzję i mogłam już pojawić się w restauracji. Po ok. 20 minutach wysiadłam z autobusu i przeszłam kawałek na piechotę, aby dostać się do celu mojej podróży. Już na ulicy czuć było, że jest właśnie pora obiadowa. Weszłam do środka.

- Hej. Jest Piotr?- zapytałam Amelki, która właśnie szła do kuchni z zamówieniem.

- Jest, ale chyba zajęty. Siedział w papierach, bo do jutra musi się rozliczyć z jakiegoś tam czegoś. Nie wiem. Bardzo wkurzony. Ale jak chcesz, mogę mu powiedzieć, że przyszłaś.

- No możesz. To ja idę do kuchni, jakby co.- powiedziałam i poszłam w tamtą stronę.

Korytarz był dość ciasny i maleńki, ale to zupełnie nie odbierało mu jego uroku. Bladoróżowa, stara jak świat tapeta, lekko już zdarta, prowadziła do dużego przedsionka z lustrem i blatem, na którym wydawane były posiłki. Mimo pory obiadowej w kuchni było wyjątkowo cicho, tak jakby nikt do nikogo nic nie mówił. Wchodząc do pomieszczenia zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście nie padają tam żadne słowa, oprócz coraz to nowszych zamówień. Przyglądając się twarzom skupionych pracowników, zauważyłam, że są strasznie zdenerwowani. Wśród krzątających się ludzi, dostrzegłam twarz Michała, który również nie należał do najszczęśliwszych.

- Co się dzieję? Czemu się do siebie nie odzywacie?- zapytałam zmartwiona.

- Nie dajemy rady! Idź ubieraj się i nie gadaj!- krzyknął do mnie i rzucił w moim kierunku fartuch.„No to super…”- pomyślałam i pobiegłam się przebrać.

niedziela, 20 maja 2012

Chapter XII


- What’s goin on?- zapytałam zdenerwowana.- I’m listening.

- Because… when I was in Australia I felt so alone, you know,  and… I had someone. – powiedział I spuścił głowę. Odetchnęłam z ulgą.

- And that’s all? – zapytałam trochę zdziwiona. Czy to coś takiego, że miał jakąś przez ten rok dziewczynę? Nie byliśmy już parą…

- Too little? I feel terrible with it because you never lost meaning for me. You are still very important and when you’ll walk away now… I don’t know what I’ll do with myself. I came here because of you. Please, try understand me. When you’ll go away I’ll stay alone. I won’t have nothing else.

- I’m trying but… No. It isn’t a good idea. You are a closed part of my life. And you did it by yourself. I should go, really. Take care, Bye.- wstałam i po prostu odeszłam od stolika. Nie wiedziałam, czy dobrze robię. Wgl nie wiedziałam co mam zrobić. To chyba było jedyne rozwiązanie, wyjście z sytuacji, które się wtedy pojawiło w mojej głowie. Miałam świadomość tego, że jeśli teraz odejdę, to nie będzie już odwrotu. Chciałam się odwrócić, podejść i usiaść tam z powrotem, i przez cały dzień gadać z nim na tematy totalnie z dupy. Chyba potrzebowałam czegoś takiego. Niestety, moja szansa właśnie mijała. A ja nie mogłam tego zrobić, ze względu na moją chorą dumę i godność. Nie chciałam mu pokazać, że przez ten cały rok, czekałam aż on wróci, a ja będę mogła wpaść w jego ramiona. Bo tak nie było. Nie było tak do czasu, kiedy nie zobaczyłam go rozmawiającego z profesorem, z dołeczkami w policzkach, wyrobionych od ciągłego uśmiechania się. Dziś także pierwszy raz od roku mogłam z bliska przyjrzeć się jego karmelowym tęczówkom. Tęskniłam za nimi. Jednak nic z tego nie wynikało. I właśnie ten facet ubrany w czarne spodnie, trampki i granatową koszulę, ten, który rok temu strasznie mnie zranił, właśnie powiedział mi, że nadal mu na mnie zależy. A to mi wcale nie pomagało w próbach nie poddania się jego urokowi. Ba! To było prawie niemożliwe. Szczególnie na mnie ten urok wyjątkowo dziś podziałał. Oj nie wiem. Albo on potrafi nim tak manipulować, albo ja jestem zupełnie na niego nieodporna. Pewnie po części jedno i drugie. Czy to dziwne, że przez ten rok kogoś miał? Przecież on, taki przystojny, inteligentny i zabawny facet, nie miałby z tym żadnego problemu. Ale szczerze mówiąc urzekło mnie to, że mi powiedział, chociaż wcale nie musiał, bo to tylko i wyłącznie jego sprawa… - Aara.. – powiedziałam do siebie, machnęłam ręką i wbiegłam do tramwaja. W pośpiechu oczywiście wdepnęłam w kałużę, na szczęście miałam na sobie kalosze, i jakoś nie miało to żadnych konsekwencji. Poczułam się trochę lepiej jak rano. No może nawet trochę bardziej. Jechałam właśnie na Starówkę załatwić wreszcie sprawę restauracji. Byłąm już wtedy w 100% przekonana, że to doskonała decyzja. Zadowolona z siebie wysiadłam z pojazdu i zdejmując kaptur, bo przestało padać, udałam się w stronę lokalu. Restauracja o nazwie „ Sorrento” (o zgrozo! Nazwa do przeróbki!) była usytuowana w bardzo korzystnym miejscu, praktycznie w centrum Warszawy. Tym bardziej cieszyłam się z przejęcia tej firmy. Weszłam do środka, a od razu usłyszałam jakąś beznadziejną muzykę, która przygłuszała wszystko, nawet wejście nowego klienta. Kolejna pozycja do zmiany. Podeszłam do recepcji i zapytałam o szefa.

- Witam, szef jest w kuchni. To coś ważnego?- zapytała mnie miła barmanka.

- Nie aż tak bardzo. Może Pani mu powiedzieć, że przyszłam w sprawie restauracji?- zapytałam.

- Oczywiście. To żaden problem. Proszę zająć miejsce, kelnerka zaraz do Pani podejdzie.- uśmiechnęła się do mnie i zniknęła w korytarzu, prowadzącym najprawdopodobniej do kuchni. Od razu pomyślałam, że jest na odpowiednim miejscu. Z pewnością pozostanie w moim team’ie na dłużej. Może mój zapał był nie na miejscu i mógł wszystko popsuć, jednak nie mogłam się powstrzymać przed myśleniem na temat nowego wystroju i personelu. Nawet otwierając menu, które przyniosła mi kelnerka, rozmyślałam nad pewnymi zmianami. Musiałam jednak przystopować, bo wiem, że moje podekscytowanie i zapał prawie zawsze krzyżują mi wszystkie plany. A przecież nie mogło być tak tym razem. Zamówiłam kawę i czekałam podekscytowana na spotkanie z kierownikiem, kiedy w głośnikach leciała jakaś muzyka klubowa. „Zgroza”- pomyślałam.

czwartek, 17 maja 2012

Chapter XI


„Cholera. Jestem pomiędzy młotem, a kowadłem. Czemu moje życie musi być tak skomplikowane? A może po prostu ja sama je sobie komplikuje?”- myślałam szykując się pospiesznie na zajęcia, aby się nie spóźnić. Lubiłam swoje studia, ludzi z roku, jednak chyba z tym nie wiązałam swojej przyszłości. Nie znalazłam dla siebie odpowiednich studiów, więc z braku jakiegokolwiek wyjścia poszłam na filologię angielską z nadzieją przyszłej pracy w zawodzie nauczyciela. Kiedy jednak podjęłam pracę w „Machinie”  wszystkie moje dotychczasowe plany uległy diametralnej zmianie. Odkryłam, że gotowanie jest właśnie tym, co chcę robić w życiu. I własna restauracja miała mi pozwolić na rozwijanie się w tym kierunku. Cieszyłam się z tego powodu, lecz strach jednak również mi towarzyszył.

„Ooo Panie, czemu moje życie jest takie beznadziejne?”- pomyślałam wznosząc głowę do sufitu z nadzieją, że to coś zmieni. Nie zmieniło. Wyjrzałam przez okno. Padał deszcz. Woda strugami spływała po szybach i robiła niezliczone zacieki. Nie dość, że ludzie przeciwko mnie, to na dodatek pogoda. Wszystko było beznadziejne i najchętniej zaszyłabym się w łóżku i przeczekała ten zły czas. Niestety czas naglił i musiałam wychodzić na zajęcia. Nie chciało mi się niemiłosiernie. Tym bardziej, jeśli przypomniałam sobie wczorajszy incydent. Oj, nie chciałam tego pamiętać.

Z szuflady wyciągnęłam parasol, a na stopy nałożyłam kalosze. Choć i jedno, i drugie były bardzo kolorowe wgl nie odzwierciedlały wtedy mojego nastroju. Na ramiona zarzuciłam sweter i wyszłam. Niskie ciśnienie towarzyszące opadom wgl mi w tym nie pomagało. Miałam ochotę zatrzymać się, położyć na schodach i zasnąć. Gdy wyszłam na dwór zobaczyłam wielkie kałuże, błoto, okropną szarość i smutek, która ogarnęła to, dotąd kipiące radością, miasto. Aż żal było opuszczać ciepły i przytulny dom. Przywitałam się z sąsiadką, wracającą właśnie ze sklepu, a sama musiałam stawić czoło mojemu życiu. Wskoczyłam szybko do tramwaju, abym nie zmokła i już po jakichś 10 minutach byłam pod moją uczelnią. Biały dotąd budynek pod wpływem spadającego deszczu przeobraził się w szarobury, wgl nie podobny do wcześniejszego. Postanawiając przezwyciężyć swój zły humor i lenistwo, wbiegłam do szkoły i udałam się w stronę sali. Wszyscy już prawie byli. Znalazłam sobie najdogodniejsze miejsce i usiadłam. Cały dzień bardzo się dłużył, jednak dzięki mojemu zaangażowaniu w zajęcia prawie wgl nie myślałam o moich problemach. Niestety, zajęcia, jak i wszystko inne, kiedyś się kończy i musiałam od nowa powrócić do rzeczywistości. Na domiar złego, wychodząc z sali, zauważyłam wychodzącego z innego pomieszczenia Jeremy’ego i rozmawiającego z nim mojego profesora. Zapewne przyjechał, aby się pochwalić swoimi sukcesami zawodowymi. Wcale bym się nie zdziwiła. Przechodząc obok nich korytarzem miałam nadzieję, że mnie nie zauważą. Taaa. Nie z moim szczęściem.

- Laura! Come here, please.- ku mojemu zdziwieniu usłyszałam głos mojego wykładowcy historii.

- Yes?- zapytałam.

- Did you already see Jeremy? He came to Poland in Wendnesday.

- Yes, I have been seeing him. – odpowiedziałam nie do końca pewna swojej odpowiedzi. Spojrzałam na Jeremy’ego. Stał uśmiechnięty i widocznie szczęśliwy z tego przypadkowego spotkania.

- Oohh really? And do you already know that he’s going to stay in Poland? He is going to start a very good job in polish firm. Isn’t it wonderful? – zapytał ze szczerym entuzjazmem mój profesor. A mnie po prostu zamurówało. – It’s a brillant example for all of you. In Poland are good jobs too. You must learn how to search for them. And never forget about your passion!- powiedział coś w tym rodzaju. Szczerze, to nawet nie pamiętam.

- Oo that’s wonderful. Congratulations. – powiedziałam do Jeremy’ego, delikatnie się uśmiechając.

- Thanks. And how are you?- próbował zacząć rozmowę. Nie wiedziałam co mam począć.

- I have to go, kids. See you soon.- powiedział nauczyciel i odszedł. – Bye.

- Actually, I have to go too…- rzuciłam, próbując nie zaczynać z nim żadnych pogawędek.

- Oooo, no. You won’t escape this time. We have to talk. You. Me. Café. Now.- mówił I pokazywał najpierw na mnie, później na siebie i na znak “kawiarnia- 1 piętro”. „ Czy mam coś do stracenia?” pomyślałam sobie.

- Ok. Let’s go.- powiedziałam niezbyt przekonana swojej decyzji.

W drodze do kawiarni Jeremy bardzo się starał, aby nawiązać ze mną jakikolwiek kontakt. Oczywiście nie ułatwiałam mu tego. Jego próby rozmowy o studiach, Mai i pogodzie skończyły się fiaskiem, co niezmiernie mnie rozbawiło. Poczułam się trochę jakby czas się zatrzymał. A nawet cofnął. Pogadaliśmy trochę o różnych głupotach, o tematach zupełnie bez sensu. Nadal potrafiliśmy się dogadać mimo tak długiego rozstania. Niestety, nieubłaganie nadchodził czas rozmowy na temat dla nas nieunikniony, czyli o nas samych. Jeremy kilkukrotnie próbował zacząć ten wątek, jednak ja skutecznie zmieniałam temat. Tym razem postanowiłam, że odpuszczę. Nie da się przecież od tego uciec.

- I’m sorry. – zaczął ponownie Jeremy- I’m so sorry. I regret every decision in this year. If I could turn back time I won’t do what I’ve done. But I can’t. And that’s the worst truth in my life.

- Tell me, why?

- You were so far away. A thousands miles from me. And suddenly, Me- fell in love, happy man with the most beautiful girl in the whole world, I was alone. And I understood that it hadn’t got sense. Now I know that was the worst decision in my life, but I can’t change this. Simply, I wanted have you always by my side, always support each other and be happy with you. But at a distance it wasn’t possible. I thought that.

- You hurt me, do you know that? That was the worst time in my life. And now you want to change everything. Should I be happy? Because I’m not. I’m pleased with your success, but you can’t expect that I will happy of your being here. You can’t imagine how hard this year was for me. Not only because of you. So please don’t disturb me and I won’t disturb you. We have our lifes now. Without ourselves. Let it be.

- Ok. I understand you. It’s hard to know that we bear the consequences of our choices. Choices of our stupid youth.

- Stupid or not. It’s our past and we can’t change this even if we want it very much. I’m sorry but I can’t go. I have something to do. Nice to see you again and good luck.- odpowiedziałam mu lekko się uśmiechając, tak jakby przez łzy, które nie spływały mi po policzach, ale czułam się, jakby tak było.

- Nice to see you too. Do you still work in a restaurant?- uśmiechnął się także I zadal pytanie tak jakby nie rozumiał mojego pożegnania.

- No, no more in a „Machina” but maybe in another restaurant some day…- uśmiechnęłam się, bo właśnie miałam iść załatwić sprawę z lokalem. – I have to go. Really.

- Ok., I don’t stop you anymore.- uśmiechnął się i pomógł mi założyć płaszcz. Nagle jego twarz spochmurniała i wyglądał na, tak jakby, rozdartego w sobie. – Wait. I must tell you something. I feel not fair with you.- zdenerwowałam się tymi słowami i usiadłam z powrotem.

poniedziałek, 14 maja 2012

Chapter X- For Julita and Ada


- Przepraszam cię, że tak wyszło…- powiedziałam roztrzęsiona całą tą sytuacją. Lecz on bez słowa wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą.- Co robisz?

- Chodź.- odburknął mi jak jeszcze nigdy. Podeszliśmy do samochodu i niemalże wepchnął mnie tam. Zdecydowanie mi się to nie podobało. Usiadł na miejscu kierowcy, spojrzał mi w oczy i powiedział:

- Co to miało być?- tak zdenerwowanego jeszcze nigdy go nie widziałam.

- Co się dzieje? Wszystko ok.?- zapytałam wyraźnie zaniepokojona całą sytuacją.

- Pytam się, co to miało być do cholery?!- teraz jego zdenerwowanie chyba osiągnęło punkt kulminacyjny.

- Nie będę z tobą gadać. – powiedziałam szybko i pobiegłam w kierunku mojej kamienicy. Szybko, jak tylko mogłam, (aby mnie nie dogonił) wbiegłam do mieszkania i zatrzasnęłam drzwi z hukiem. Przekręciłam klucz. Byłam bezpieczna. Oj tak. Zdecydowanie się go bałam. Ba! Byłam przerażona. Opadając z sił usiadłam pod drzwiami i próbowałam złapać oddech. No tego to jeszcze w kinie nie grali. „Co się stało z tym człowiekiem?”- to pytanie ciągle zaprzątało moją głowę, gdy nagle za swoimi plecami usłyszałam pukanie. Mimo zamkniętych drzwi, podskoczyłam do góry w obawie o swoje bezpieczeństwo. Usłyszałam głos.

- Przepraszam… Trochę mnie poniosło. Nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. Przepraszam.- usłyszałam za drzwiami tego prawdziwego Miłosza, tego, którego znałam. Mimo to, nie odważyłam się mu odpowiedzieć.

- No otwórz, proszę. Przecież wiem, że tam jesteś. Mieliśmy iść do tej restauracji, nie pamiętasz?- O cholera! Rzeczywiście! W przypływie tych wszystkich emocji całkiem o tym zapomniałam. No trudno. Tę wizytę, będzie trzeba trochę przesunąć.” I to wcale nie jest wymówka. Ja po prostu tam teraz nie wyjdę.”- pomyślałam sama do siebie.

Podczas, gdy za drzwiami Miłosz urządzał akcję przeprosinową, ja postanowiłam wziąć prysznic i na spokojnie o tym wszystkim pomyśleć. Potrzebowałam chwili odpoczynku, relaxu. Ta cała sytuacja nie mogła mi się w głowie pomieścić. Przecież to niemożliwe. Chociaż z moim szczęściem wszystko jest możliwe. Myślałam, że strata pracy, to najgorsze, co może się wydarzyć. Niestety, myliłam się. Do tego doszedł jeszcze Jeremy, którego zupełnie się tutaj nie spodziewałam i Miłosz, którego zachowanie, było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem. To wszystko było nie na mój rozum. Czułam się wtedy jak Kubuś Puchatek- głupiutki pośród problemów. I tak jak u misia o małym rozumku, zaraz po prysznicu, przyszedł czas na „małe co nieco” . W międzyczasie odgłosy za drzwiami trochę się uspokoiły, a ja mogłam zabrać się za przygotowywanie obiadu. Gotowanie było dla mnie najlepszym lekiem na zło. Równie dobrze skutkowała rozmowa z Mają, do której zamierzałam zadzwonić podczas posiłku. Dzięki zakupom, które zrobiliśmy razem z, jeszcze normalnym, Miłoszem, mogłam zrobić sobie zapiekankę. Wstawiłam wodę na makaron, uprzednio ją soląc i zabrałam się za krojenie warzyw.

- Pomidory w plasterki, marchewkę w kostkę, cebulę w piórka, paprykę w paski…- wyliczałam sobie po kolei krojąc następne warzywa. Gadanie do siebie było u mnie normalne. No, ale cóż. Nienormalni tak mają. Położyłam patelnię na ogniu, wlałam odrobinę oliwy i wrzuciłam warzywa.  Kiedy makaron się ugotował, a warzywa były już podsmażone wrzuciłam go odcedzony na patelnię poddusiłam chwilę zalewając bulionem warzywnym. Poczekałam aż prawie cała woda wyparuje i przyprawiłam moje niedokończone danie. Następnie przełożyłam wszystko do niewielkiego naczynia żaroodpornego i posypałam startym serem. Wsadziłam do piekarnika na 15 minut, a w międzyczasie postanowiłam zadzwonić do Majki. Nie wiedziałam wgl co mam jej powiedzieć i, przede wszystkim, jak, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Wybrałam numer przyjaciółki i poczekałam aż odbierze.

- Tak, słucham.- usłyszałam głos w słuchawce.

- Hej.

- Laura! Widziałaś się z Jeremy’m?! W Warszawie jest Jeremy!- krzyknęła, aż musiałam ostawić telefon od ucha.

- Wiem.- odpowiedziałam, udając niewzruszoną.

- Był u ciebie? Widzieliście się?

- Taa. I to nie raz.- powiedziałam, próbując zatuszować swoje zdenerwowanie.

- Jak to? I dopiero teraz dzwonisz?

- A no jakoś tak wyszło. Słuchaj. Pierwszy raz był wczoraj w nocy, akurat wracałam z pracy. Wiesz jak mnie wystraszył?! Ale odesłałam go z kwitkiem.

- No i bardzo dobrze! I dzisiaj znowu przyszedł?.

- No tak..

- O popatrz. Przez rok ani jednej wiadomości nie napisał, a tu proszę. Ciekawe co mu się odmieniło.

- Wiesz jak on się zmienił? Ściął włosy, ubrany w jakiś garniak. No po prostu szok.

- Oj tam. I po co dzisiaj przyszedł?

- Znowu pogadać… Ale akurat trafił jak wychodziłam z Miłoszem…

- Uuu… Pobili się?- Maja zaśmiała się do słuchawki choć mnie wcale nie było do śmiechu.

- Oni nie, ale ja o mało co nie dostałam.

- Coo? Ja już niczego nie rozumiem.- odpowiedziała moja przyjaciółka wgl nie wiedząc o co chodzi.

- No ja Jeremy’ego znowu odesłałam z kwitkiem, ale on, jak to on, musiał zapytać, czy ja i Miłosz jesteśmy razem. Ja chciałam odejść, ale Miłosz wypalił, że jesteśmy ze sobą…

- No i bardzo dobrze!- krzyknęla do słuchawki tryumfalnie.

- No nie wiem. Jeremy odszedł, a Miłosz wepchnął mnie do samochodu i zrobił awanturę. Byłam tak przestraszona, że uciekłam do domu, ale on chyba jeszcze siedzi pod moimi drzwiami, ciągle mnie przepraszając… Poczekaj, zapiekanka.- powiedziałam, wędrując do pieca sprawdzić stan mojego obiadu. – Jestem.

- Że niby doktorek jest agresywny? Matko. Co się z tymi ludźmi dzieje. Myślałam, że on taki porządny… Ale nic ci nie zrobił?- zapytała z troską.

- Nie, wszystko jest ok. Trochę się tylko strachu najadłam. A tak wgl to skąd wiesz, że Jeremy przyjechał?

- Dzwonił do mnie. Chciał się umówić na kawę. I przy okazji zdobyć twój numer. Nie dałam mu, tak jak było ustalone. A na kawę idziemy jutro o 17.

- Mhm.. Dobra, ja kończę. Idę jeść dopóki gorące. Może wpadniesz jakoś później? Na kolacje czy coś?- zaproponowałam.

- Wiesz co, chętnie, ale mam mnóstwo nauki. Może innym razem, trzymaj się. Pa.

- Pa.- zdążyłam odpowiedzieć i usłyszałam sygnał odłożonej słuchawki.- Może szkoda, że nie dałaś mu tego numeru... – powiedziałam sama do siebie i poszłam nakładać obiad.




----------------------------------------------------------------------------------------------------------


For:
- Julita- "Powiedz mi, że ona nie będzie z Jeremym!"


- Ada- "Weź, niech ona będzie z Jeremym..."


Także tego xD


Ada! Nie przejmuj się!


Julita Tak samo!

niedziela, 13 maja 2012

Chapter IX


To nie było możliwe. Zanim się odwróciłam kurczowo zamknęłam powieki i od razu je otworzyłam. Powtórzyłam czynność kilkukrotnie i dopiero po kilku sekundach odwróciłam się na pięcie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to wcale nie sen.

- Jeremy. Hi. – odpowiedziałam, nadal do końca nie wiedząc, czy to się dzieje naprawdę. Moje oczy chyba nie mogły kłamać. Widziałam przed sobą tego nadal przystojnego mężczyznę sprzed roku. Bez burzy loków na głowię i w krawacie, zamiast w koszuli w kratę, ale nadal wyglądał niesamowicie przystojnie.- You’ve changed.

- Yeah, a little. – odparł uśmiechając się, spoglądając na siebie i rozkładając ręce, chcąc pokazać swój teraźniejszy wygląd.

- What are you doing here?- zapytałam, jakby otrząsając się z tego wszystkiego, budząc się ze snu.

- I would like to apologie. It was hard year.

- For you or for me?

- For both of us. I’m sorry. I know that it doesn’t explain me, but, please, try understand me.

- I don’t want to understand anything. I think it isn’t a good moment for explaining. You should go.

- Please, let me say…

- Go. Good night.- powiedziałam i weszłam do budynku. Nie wiedziałam, czy wyszło tak jak planowałam, czy byłam dla niego dostatecznie oschła. To wszystko nadeszło w nieodpowiednim momencie. Byłam tak zaskoczona, że wszystkie próby przypomnienia sobie wyuczonych kwestii skończyły się fiaskiem. Nie wiedziałam co mam z sobą zrobić. Weszłam do mieszkania, zamknęłam je na klucz i najnormalniej w świecie się rozpłakałam. Włączyłam muzykę i położyłam się na sofie.

„Czemu takie rzeczy zawsze muszą przydarzać się mi? Co jest ze mną nie tak? Cholera! Nie może tak być. No mogę się tak nad sobą użalać. Przecież nie o to chodzi. Muszę być silna. Nie mogę dać po sobie znać, że sobie nie radzę. Właściwie to sobie radzę. Tak. Zdecydowanie sobie radzę. Jutro idę do tej restauracji i biorę tę posadę. Może to będzie początek czegoś nowego?  Czegoś lepszego? Bez Jeremy’ego. Oj… Jaki on teraz inny… Nie, że gorszy… Bo wcale nie… Po prostu inny. Krótsze włosy, lekko podniesione do góry nawet mu pasują. I ta śnieżnobiała koszula i czarny krawat też. Nawet, nawet. O losie… wyglądał nieziemsko! No, ale muszę mu teraz pokazać, że bez niego jest ok. Nawet lepiej niż z nim. Będzie dobrze. A jutro idziesz do restauracji- pamiętaj. Żadnych wykrętów.”

I tak rozmyślając nad swoim losem zasnęłam. Miałam ochotę zadzwonić do Mai, ale nie chciałam jej przeszkadzać, bo pewnie pracowała. Piotr zwolnił mnie z pracy, więc jutro mogłam spać do południa. To była chyba jedyna pozytywna wiadomość.


Niestety, wbrew moim oczekiwaniom mój niewyłączny budzik zadzwonił o 6:35. Obudziłam się niemiłosiernie wkurzona tym faktem i próbując znów zasnąć przekręciłam się na drugi bok. Na moją niekorzyść nic to nie dało i zdenerwowana spojrzałam na zegarek. Była 7:13, a ja, kiedy mogłam sobie wreszcie pospać, leżałam w pełni świadoma. Postanowiłam włączyć sobie muzykę. Weszłam w folder „30 seconds to Mars” w mojej mp3 i odtworzyłam pierwszą piosenkę. Była to „Valhalla”, której tekst idealnie pasował do mojej obecnej sytuacji.

-You are the reason I can’t control myself- śpiewałam sobie po cichu, udając mimikę Jareda Leto.

Zawsze świetnie odnajdowałam się w tekstach tej kapeli. Bardzo życiowe, czasem sfiksowane, zawsze prawdziwe.
Niestety leżenie w łóżku nie było najlepszym pomysłem, ponieważ moje własne myśli nie dawały mi spokoju. Postanowiłam wstać. Nadal ze słuchawkami w uszach udałam się do łazienki, by tam kontynuować swój „koncert” do szczoteczki do zębów i lustra.

„Miałam się nie zamartwiać i się nie zamartwiam” – pomyślałam sobie i ruszyłam do kuchni, nadal w piżamie,  przygotować sobie śniadanie. Włączyłam wodę na herbatę, śpiewając przy tym „Save me, save me, save oooh lord”. Otwierając lodówkę doszłam do wniosku, że nie mam w niej niczego ciekawego do jedzenia, więc poszłam się ubrać, aby iść do sklepu. Z szafy wyjęłam jeasny i czerwoną koszulkę oversize. Do tego włożyłam białe trampki, a włosy związałam w kucyka. Zabrałam portfel, okulary, telefon i wrzuciłam do torby. W słuchawkach leciała już kolejna piosenka Marsów, tym razem było to „Egde of the Earth”. Zamykałam drzwi i śpiewałam sobie po cichu.

-You wanna be the one who control, You wanna be the one who’s alive, you wanna be the one who gets old…

- It’s not a matter of luck, it’s just a matter of time. – dokończył męski głos za plecami.- Nie wiedziałem, że ich sluchasz.

- Miłosz! Przestraszyłeś mnie. – pokiwałam głową.- Co tu robisz?

- Teraz stoję, ale jak mnie wpuścisz to może usiądę.- uśmiechnął.

- Może nawet zaproszę cię na śniadanie, ale najpierw musimy iść na zakupy, bo nie mam nic do jedzenia.

- Więc chodźmy.- zaproponował swoje ramię, abyśmy szli razem. Było to bardzo miłe. Wyszliśmy z budynku i udaliśmy się w kierunku najbliższego supermarketu.

- Co u ciebie?- zapytał Miłosz.

- Mogłoby być lepiej. Masz dzisiaj wolne?

- Pracę zaczynam dopiero wieczorem. Mam nocną zmianę. A ty?

- Ja.. Nie mam dzisiaj zajęć.

- A praca?

- Później ci opowiem.- powiedziałam wchodząc do sklepu.
Duże, przestronne pomieszczenie od razu przywitało nas ciepłem i zapachem świeżego pieczywa.

- Chodźmy najpierw po bułki.- złapałam go za rękę i zaprowadziłam do działu z pieczywem.- Jakie lubisz? Ja biorę te ze słonecznikiem i dynią.

- Dla mnie możesz wziąć te z sezamem.

- Dobra. Chodźmy jeszcze po jakąś konfiturę, owoce i warzywa.

- Wiesz, co… Poczekaj chwilę, ja zaraz do ciebie dojdę.

- Ok.- opowiedziałam mu i pochłonęło mnie czytanie etykiet na słoiczkach. Następnie udałam się do stoiska z warzywami i owocami, i wybrałam dwie duże pomarańcze, sałatę i pomidory.- O już jesteś. Gdzie byłeś?

- Aaa, pomyślałem, że na śniadanie do kawy przyda się coś słodkiego- powiedział i podał mi paczuszkę,owiniętą w pergamin.

- Drożdżówki?- zapytałam rozradowana jak mała dziewczynka.
- Mhm. I pączki.- uśmiechnął się do mnie serdecznie.

- Świetnie.- odpowiedziałam i udałam się do kasy. Gdy nadeszła moja kolej zapłaciłam za wszystko i poszliśmy w stronę domu. Droga mimo wczesnej pogody upłynęła nam bardzo przyjemnie. Gdy byliśmy już na klatce, otworzyłam drzwi i zaprosiłam go do środka.

- Kobiety przodem.- powiedział i wskazał ręką na moje pierwszeństwo. Bez słowa, lecz z uśmiechem na twarzy weszłam do mieszkania, zdjęłam torbę i powiesiłam na wieszaku.

- Rozgość się.- powiedziałam i udałam się do kuchni, aby wypakować zakupy.

- Bardzo ładne mieszkanie. Tyle miejsca dla jednej osoby? Nie za dużo?- uśmiechnął się zawadiacko, na co odpowiedziałam mu wytknięciem języka.

- Jest dobrze. Nawet bardzo.- powiedziałam tak jakby chcąc utwierdzić się w przekonaniu, że „daję sobie radę”.

- Czyżby? A co z pracą?

- No tak… Zostałam zwolniona. – powiedziałam mu wyciskając sok z pomarańczy.

- Jak to? Ty? Przecież chyba świetnie wykonywałaś swoje obowiązki.

- No wykonywałam najlepiej, jak mogłam. Ale szef, jest moim przyjacielem i powiedział, że dopóki nie przyjmę propozycji tamtej restauracji nie mam się po co pokazywać w „Machinie”.

- Oo. I zdecydowałaś już?

- Myślę, że tak. Pójdziesz tam ze mną po śniadaniu? Czułabym się pewniej.

- No jasne. Pomóc ci w czymś?- zapytał i zabrał się za robienie kawy. Śniadanie zjedliśmy w bardzo dobrych nastrojach, rozmawiając o bzdetach. Już dawno, z żadnym facetem nie rozmawiało mi się tak dobrze.

- To co? Idziemy?- zapytał Miłosz, wycierając kubki. Była dokładnie 11:00.

- No w zasadzie możemy. Trochę się denerwuję.

- Przestań. Nie ma czym. Będzie dobrze. – dodał próbując mnie pocieszyć. Około 11:15 zebraliśmy wszystkie swoje manatki i wyszliśmy z mieszkania. Jednak na zewnątrz czekał na nas niezbyt miły dla mnie widok.

- Hi, Laura. Can we talk now?- naszym oczom ukazał się Jeremy, już nie w garniturze, a w jeansach i T-shircie z logiem The Beatles. Teraz bardziej przypominał „mojego” Jeremy’ego. O losie, co ja plotę.

- Hi. We have to go now…

- Oooh. We.

- Yeah. This is Miłosz. – wskazałam Jeremy’emu na mojego towarzysza. – A to Jeremy. Mój stary znajomy.

- Widzę. I rozumiem po angielsku.- dodał oburzony Miłosz wpatrując się w mojego „starego znajomego”.

- I’m sorry, but maybe another time.- odpowiedziałam mu, unikając kontaktu wzrokowego.

- You said it yesterday.

- Oo. Yesterady? Czy ja o czymś nie wiem?- dodał jeszcze bardziej oburzony Miłosz, co trochę mnie rozbawiło.

- Are you togehter? – wypalił nagle Jeremy. No tego to już było za wiele!

- It’s not your business. – odpowiedziałam i już chciałam iść, gdy nagle za rękę złapał mnie Miłosz i przyciągnął do siebie.

- Yes, we are. – powiedział Miłosz, a ja nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Przyciągnął mnie jeszcze bardziej do siebie i objął ramieniem.

- Oh. I see… So be happy. Take care, Bye.- odpowiedział zmieszany Jeremy, a ja nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Zmarszczył brwi, popatrzył na nas i odszedł.

- Dziękuję. – spojrzałam na Miłosza i oparłam głowę na jego ramię. Czułam, że czekało mnie tłumaczenie się ze wszystkiego.

sobota, 12 maja 2012

Chapter VIII


Uśmiechnęłam się do niej i próbując nie roześmiać się jeszcze bardziej, wyminęłam ją i poszłam w stronę sali wykładowej. Dopiero, gdy przyjaciółka nie mogła zobaczyć mojej twarzy, wybuchłam śmiechem. Odwróciłam się do niej pełna powagi i powiedziałam:
- Lecę, bo się spóźnię. Pogadamy później.
- Noo raaaczej. – puściła do mnie oczko i poszła na swoje zajęcia.

Zajęcia ze speaking’u zleciały mi dość szybko i ok. 14 jechałam już tramwajem do mojej pracy.

- Hej wszystkim. – przywitałam się z całą ekipą.
- O cześć. Jak mija dzień?- usłyszałam tylko odpowiedź Michała. Cała reszta była pochłonięta swoimi obowiązkami. Chyba tylko on miał podzielną uwagę.
- Jakoś leci. A jak wy sobie radzicie? Widziałam, że jest spory tłok.
- Nie narzekamy, ale przydałaby się kolejna para rąk do pomocy.- usłyszałam zza swoich pleców głos Piotrka.- Przebieraj się i do roboty!- uśmiechnął się do mnie karcąco.

Pobiegłam do szatni, zdjęłam płaszcz i przebrałam buty. Założyłam na siebie fartuch i umyłam ręce. Byłam gotowa do pracy.

- Łosoś na parze plus szparagi i sok pomarańczowy.- krzyknęła Mela jak najgłośniej potrafiła, aby wszyscy zrozumieli.
- Ok. To ja się tym zajmę. – odparłam.

Tak oto zleciało mi ok. 6 godzin, czyli całe moje popołudnie i wieczór. Było coś chyba ok. godziny 21. A może później. Straciłam rachubę czasu. Pożegnałam się ze wszystkimi i już miałam wychodzić, gdy Piotr mnie zatrzymał.
- Chciałbym z tobą pogadać. No chyba, że się spieszysz.
- Coś się stało? Masz taką poważną minę.- odpowiedziałam mu przestraszona, bojąc się, że coś jest nie tak.
- Właściwie to nie wiem. Słyszałem, że dostałaś propozycję pracy i wiesz… To dla ciebie duża szansa…
- Michał już ci wypaplał? No to ładnego mam powiernika…
- Przestań. Rozmawialiśmy i tak jakoś wyszło… Zresztą nieważne. Dobrze wiesz, że nie o to chodzi. Czemu mi nie powiedziałaś?
- Nie ma o czym. Nawet nie wiem, czy jest o czym mówić.
- Jak to?- zdziwił się Piotr.
- Normalnie. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Czy w ogóle przyjmę tę propozycję.
- Czyś ty zgłupiała?! Przecież taka szansa może już ci się nigdy więcej nie trafić. Restauracja w świetnym miejscu, z dobrą opinią. Nie musisz wszystkiego zaczynać od nowa… Nawet sobie nie żartuj, że z niej nie skorzystasz.
- Ale ja lubię pracować w „Machinie”… Poza tym nie wiem, czy jestem w stanie sama prowadzić restaurację… A może właściciel ma jakieś długi, czy coś i szuka naiwnego?
- To ty szukasz. Tylko wymówki. Przecież wiesz, że nie będziesz sama.
- No tak, ale tutaj już wszystko znam…
- W takim razie jesteś zwolniona.- odparł z pełną powagą Piotr.
- Żartujesz sobie ze mnie?
- Nie. Zastanów się dobrze, a dopóki nie podejmiesz decyzji, módl się,  żebym cię tu nie widział.- dodał, odwrócił się i odszedł.

„No brawo. I zostałam bez pracy. Jakbym mało miała problemów.”- pomyślałam sobie i wkurzona na maxa poszłam do domu. Był ciepły, choć wietrzny wieczór. Niebo było zachmurzone, nie było widać ani jednej gwiazdy. Szłam skrótem, aby być szybciej w domu. Jednak uliczka, którą podążałam była pozbawiona jakiejkolwiek latarni. W ciemności nie było widać w ogóle nic. Modliłam się tylko o to, abym bezpiecznie dotarła do domu. Gdy byłam już pod kamienicą ciśnienie trochę mi spadło. Tylko po to by za chwilę znów się podnieść. I to do granic możliwości.

- Hi. Are sou still afraid of darkness?-  usłyszałam za plecami i nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Mój koszmar dopiero się rozpoczynał.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Chapter VII


- Nie wstaje…- powiedziałam do siebie, a raczej krzyknęłam, próbując przekrzyczeć dźwięk budzika. Otworzyłam jedno oko i wpół na oślep sięgnęłam po telefon i wyłączyłam ten okropny odgłos. Usiadłam na łózku. Przetarłam oczy, mając nadzieję, że choć trochę mnie to rozbudzi. Była 6:35. Czas wstawać.
Jak co dzień najpierw wstawiłam wodę na kawę i włączyłam radio, aby posłuchać najświeższych informacji. Na dworze było dopiero 5o C. Z nadzieją, że temperatura jeszcze wzrośnie, poszłam do łazienki. Przemyłam oczy i umyłam zęby. Na powieki nałożyłam odrobinę czarnego cienia, aby podkreślić błękit moich oczu. Rzęsy pociągnęłam czarnym, niczym atrament, tuszem. Wyczesałam długie, ciemne włosy i uczesałam je w kłosa, który opadał mi na ramię. W pewnym stopniu ogarnęłam już swój wygląd. Całkowicie na nogi miała postawić mnie kawa. Poszłam więc, nadal w piżamach, zaparzyć swój ulubiony napój. Do kubka wstypałam 2 łyżeczki rozpuszczalnej kawy, łyżeczkę cukru i zalałam to wrzątkiem. Dodałam trochę mleka. Opary z mojego kubka rozeszły się już po całym mieszkaniu. W radiu leciała właśnie piosenka U2- One. Wszystko pięknie się współgrało. Dochodziła 7:30 i trzeba było się jednak zbierać na uczelnię. Wsałam i podeszłam do szafy. Wyjęłam siwe szorty i pudrową, elegancką bluzkę z kokardką na dekolcie. Wszystkie potrzebne rzeczy włożyłam do koszyka, przez którego ucho przewiesiłam pudrową apaszkę. Na stopy nałożyłam czarne baleriny, a z wieszaka zabrałam swoją ramoneskę.  Z kuchni zatrzymałam się jeszcze przy lodówce i wyjęłam z niej butelkę wody, a z koszyka umieszczonego na blacie, chwyciłam jabłko. Mogłam wychodzić.
Na dworze od razu odczułam chłód i byłam zmuszona do założenia kurtki. Mimo zimna świeciło słońce, więc na nos wsunęłam okulary przeciwsłoneczne. Ulice były dość ruchliwe, jednak ludzie ruszali się, jakby byli naćpani. Być może pogoda tak na nich działała, może coś innego, jednak widać było, że podróż do pracy, bądź szkoły w ogóle im się nie uśmiecha.  Ich smutne miny i posuwisty chód, zaczęły mnie także zniechęcać do jakichkolwiek działań. A tu nagle…
- Podwieźć panią?- usłyszałam głos zza pleców.
- Czyś ty oszalał?! Ja rozumiem, że jeżeli dostałabym zawału, to ty miałbyś kolejną pacjentkę, ale uznajmy, że na razie do szpitala mi się nie spieszy. – obok mnie, moim tępem, jechał Miłosz swym srebrnym autem.
- Oj, przepraszam. Nie chciałem Cię przestraszyć.- mężczyzna spuścił głowę jak małe dziecko, które dostało klapsa za nieposłuszeństwo.
-No wiem, wiem. Ale tak w ogóle to co ty tu robisz?
- Przejeżdżam.- wyszczerzył zęby.
- Widzę.- wyszczerzyłam także, próbując go naśladować.
- Jedzie Pani?- zapytałam, wskazując dłonią na siedzenie obok niego.
- Jedzie.- odpowiedziałam i weszłam do samochodu.- Na Traugutta, dobrze?- dodałam z tylnego siedzenia.
- Oczywiście, gdzie sobie Pani życzy.- uśmiechnął się do lusterka, abym mogła zobaczyć jego pełne, białe uzębienie.
- Płacą Panu za tę reklamę pasty do zębów? Jakiej Pan używa?- zapytałam nadal wpatrzona w lusterko.
- To nie reklama pasty, tylko dentysty. Agnieszka Wałachowska- moja siostra.- po raz kolejny obdarzył mnie białym uśmiechem.
- No proszę… Cała rodzina medyków?- zapytałam zaciekawaiona.
- Nie cała.Tylko my i ojciec. Jest chirurgiem. Mama za to pracowała jako polonistka. A i mam jeszcze jednego brata. Studiuje biotechnologie na politechnice.
- Wow. Niezła rodzina. – dodałam. Byłam pod naprawdę ciężkim wrażeniem.
- A twoja?
- Moja mama zmarła w tamtym roku na raka płuc. Ojciec pracował na kolei, teraz jest chory i już nie pracuje. A mój brat- Marek prowadzi własną firmę budowlaną. I całkiem nieźle mu idzie.- uśmiechnęłam się.
- Przykro mi z powodu mamy.- Miłosz widocznie się zmieszał.- Tylko jednego brata? To słabo się rodzice postarali…- uśmiechnął się do mnie.
- I tak to cud, że jestem na świecie. Między mną, a Markiem jest 10 lat różnicy. A rodzice wcale nie byli najmłodsi, gdy urodził się mój brat.
- No tak, fakt. Jesteś cudowna.- spojrzał mi w oczy, poprzez lusterko. – I niestety jesteśmy już na miejscu.
- No tak. Ile płacę?-  zapytałam wysiadając. Miłosz wskazał palcem na policzek. Podeszłam i wykonałam zapłatę.
- No może być.- pokiwał głową.
- Jutro też się mam Pana spodziewać?- zapytałam.
- Zobaczymy. – uśmiechnął się- To mówisz, że kończysz dzisiaj późno, tak?
- No niestety… I niestety muszę już iść.
- No ja niestety też muszę już jechać. Zadzwoń, jak będziesz miała czas, czy jeśli będziesz chciała się zobaczyć, bo mam wrażenie, że trochę się narzucam…
- Wcale nie. Ok, zadzownię. Uciekam, pa. Dziękuję.- pocałowałam go w policzek.
- Ooo. Teraz było super.- uśmiechnął się. – Ja też pędzę. Do usłyszenia. Pa.- pomachał mi i wsiadł do pojazdu. Ruszył i zniknał mi z pola widzenia.
- Ojj wpadłaś, Laura. Wpadłaś po uszy…- usłyszałam głos Mai za plecami.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Chapter VI


„Hej. Mam nadzieję, że nie zapomniałaś o naszym spotkaniu? Będę za pół godziny.”-odczytałam wiadomość od Mai. Nie, nie zapomniałam. Kroiłam właśnie warzywa do tarty, którą zaplanowałam na kolację. Maja była wegetarianką, więc wiedziałam, że nie mogę przygotować niczego z dodatkiem mięsa. Postanowiłam zrobić tartę na kruchym cieście z papryką, bakłażanem i sosem pomidorowym. Warzywa wrzuciłam do naczynia wyłożonego ciastem,całość zalałam sosem i włożyłam do piekarnika. Pod koniec pieczenia chciałam wierzch posypać mozarellą. Deser już chłodził się w lodówce. Obie z Mają byłyśmy wielbicielkami włoskich deserów, więc przygotowałam tiramisu. Wszystko było już prawie gotowe, więc postanowiłam ogarnąć trochę kuchnię i nakryć do stołu. Blat pokryłam moim ulubionym kremowym obrusem, a na wierzch położyłam czerwony bieżnik. Dwa białe talerze idealnie się z tym komponowały. Zaparzyłam dzbanek białej herbaty, a obok kwadratowych spodków ustawiłam dwie śnieżnobiałe filiżanki. Z szuflady wyjęłam dwie pary sztućców i również położyłam je obok nakrycia. Wszystko było już gotowe. Poszłam do łazienki poprawić koka, który podczas pracy uległ rozluźnieniu i przebrałam się w długą, kwiecistą sukienkę wiązaną na szyi. Z drewnianej skrzyneczki wyjęłam długie kolczyki. Całość prezentowała się nienajgorzej. Usłyszałam pukanie, więc poszłam otworzyć.
- Hej. Dla mnie się tak wystroiłaś? Nie musiałaś.- Maja wyszczerzyła zęby.
- No a dla kogo?- obróciłam się wkoło własnej osi- Zapraszam do środka.- wskazałam ręką wejście do jadalni.
- Dzięki. Pomóc ci w czymś?- zapytała przyjaciółka.
- Myślę, że nie. Idź, usiądź. Ja zaraz wrócę. Możesz zalać hebaty.
- Ok.
Poszłam do kuchni wyjąć potrawę z pieca. Wyglądała przepysznie, więc posypałam ją wcześniej startym serem. Nabiał momentalnie się rozpuścił. Sięgnęłam po rękawicę i nóż, i poszłam do jadalni.
- Mam nadzieję, że będzie ci smakować.- uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
- Na pewno. – odwzajmniła uśmiech- I co? Zastanawiałaś się nad propozycją tego szefa kuchni?
- No pewnie, ale nadal nie wiem, co zrobić… Byłam dzisiaj u taty, ale on też mi zbyt wiele nie powiedział. Tylko Marek przekonywał mnie do zaryzykowania.- odpowiedziałam.
- No i może ma rację.- odparła.
- Jedzmy, bo ostygnie.- dodałam i zaczęłyśmy konsumować.
 Cała tarta zniknęła w mgnieniu oka, jednak na deser również znalazłyśmy miejsce. Po obfitym posiłku położyłyśmy się na kanapie.
- A z tym Miłoszem to jak jest? Podoba ci się?- zagadnęła przyjaciółka.
- No podoba mi się, ale chyba nie jestem gotowa na związek. Wiem, minął rok, ale ja nadal nie mogę się po tym otrząsnąć. I na dodatek jeszcze on teraz przyjeżdza… Ehh nie wiem, co robić.- odpowiedziałam, wzdychając.
-No właśnie! Dzwonił dzisiaj do mnie Jeremy.- przyjaciółka krzyknęła i usiadła na sofie- Zapomniałam ci powiedzieć. Mówił, że przyjeżdza w środę.
- O cholera! To za dwa dni!- również podniosłam się do pozycji siedzącej- Mówił coś jeszcze?
- No pytał, czy nie zmieniłam zdania, co do spotkania. Powiedziałam, że nie i zapytałam, kiedy mu pasuje. Odpowiedział, że w środę jest okej i umówiliśmy się o 17 na mieście.
- Mam nadzieję, że nie w „Machinie”?!- zapytałam przerażona.
- No coś ty! Gdzieś indziej. Nie pamiętam już dokładnie. Mam zapisane.
- Ok. No to bosko… To wszystko dzieje się szybciej niż przypuszczałam… Mówił coś o mnie?- zapytałam.
- Tym razem nie.
- To dobrze?
- Nie wiem. Chyba tak…- odpowiedziała mi przyjaciółka.
- Będzie dobrze, prawda? Powiedz, że będzie.
- No pewnie. Musi być.
Z rozmowy wyrwał nas mój telefon, który dzwonił niewiadomo skąd. Zaczęłyśmy biegać i szukać po całym mieszkaniu. Idąc za dźwiękiem dotarłam do łazienki. Okazało się, że komórka została w spodniach, kiedy się przebierałam. Z zwinnością pantery wydostałam telefon z kieszeni i odebrałam.
- SłUcham!- krzyknęłam zaziajana.
- No cześć. Dzwonie w nieodpowiednim momencie?- w słuchawce usłyszałam męski głos i od razu zrozumiałam, że rozmawiam z Miłoszem.
-Nie, wszystko ok. Miałyśmy tu małe zamieszanie, ale już się wszystko rozwiązało.- odparłam.
- Miałyście?
- No tak. Jest u mnie Majka.- odpowiedziałam.
- Miałem zadzwonić.
- Pamiętam.- uśmiechnęłam się do słuchawki- Jak minął dzień?
- Pracowicie. Do kliniki przywieziono dzisiaj kobietę z bardzo poważną wadą i musieliśmy operować na otwartym sercu. To była makabra.
- Ale żyje?- zapytałam
- Na szczęście tak, ale jest w bardzo ciężkim stanie. Leży w śpiączce i maszyny podtrzymują wszystkie jej funkcję życiowe.
- To straszne…- szczerze się przejęłam.
- Ale powiedz lepiej, co u ciebie?- zapytał Miłosz z uśmiechem w głosie.
- U mnie nic ciekawego. Byłam dziś u rodziny, a teraz siedzimy z Mają i zastanawiamy się nad ludzką egzystencją.- odparłam.
- Coś was trapi, skoro poruszacie takie tematy?
- Zawsze coś kogoś trapi. Też ci może kiedyś o tym opowiem.- uśmiechnęłam się.
- Skoro tak mówisz. Kiedy się zobaczymy?
- Jutro do południa mam zajęcia, a później pracuję do późna…- odpowiedziałam szczerze zawiedziona tym faktem.
- Trudno. Nadrobimy to jakoś. Nie przeszkadzam wam już dłużej. Miło było cię usłyszeć. Do zobaczenia.- powiedział Miłosz delikatnym, ciepłym głosem.
- Ok. Pa.

-Dzwonił przystojniak?- zapytała wyraźnie rozradowana tym faktem Maja-.
- Dzwonił, dzwonił. Niestety jutro mam cały dzień zawalony obowiązkami i nie będę miała czasu, żeby się z nim zobaczyć.
- Oh, jaka ty nieszczęsliwa.- przyjaciółka przewróciła oczami w geście besilności.
- No żebyś wiedziała…- odpowiedziałam. Zaczęłam myśleć, że może wreszcie się wszystko ułoży, że będzie tak, jak powinno być. Uśmiechnęłam się nawet sama do siebie. Lecz zawsze, kiedy pojawiały się tak optymistyczne myśli, pojawiały się także te, z nalepką „Jeremy”. Zdecydowanie to on, był powodem moich wszystkich problemów. Może nie tyle on, co wspomnienie o nim.  Zarówno te przykre, jak i te radosne. Nie mogłam sę od nich uwolnić. I bałam się, że już zawsze tak będzie.

-  Skoro jutro masz taki ciężki dzień, to ja już pędzę. Obie musimy się wyspać, żeby jutro kontaktować. Lecę. – Maja ucałowała mój policzek i sprawdziła, czy zawartość jej torebki jest kompletna.
- Możesz nocować, przecież wiesz.- odpowiedziałam- Poza tym to, kto pozmywa po kolacji, coo?!- krzyknęłam ze sztucznym wyrzutem.
- Przyda ci się jakieś zajęcie.- puściła oko w moją stronę- Znając cię, to pewnie i tak nie będziesz mogła zasnąć. Dobranoc. Śpij dobrze. W ogóle śpij. Trzymaj się, do jutra.- pomachała mi w drzwiach.
- Pa, pa. Uważaj na siebie.- uśmiechnęłam się- No to co Laura, zostałyśmy same. Zapowiada się noc pełna wrażeń, mówię ci. Jak zawsze, zresztą. Parada atrakcji.- powiedziałam sama do siebie.

Maja zdecydowanie miała rację. Jak tylko wyszła zaczęłam sprzątać. Wszystko, by tylko nie myśleć o tym Jeremym. W ogóle o nikim. Włączyłam muzykę, mimo ciszy nocnej. „Trudno, najwyżej zapoznam jakiegoś policjanta.”- pomyślałam. W moim przypadku, muzyka zawsze pomagała mi w każdej sytuacji. Do odtwarzacza włożyłam płytę ”Nightmare” Avenged Sevenfold i delikatnie podgłosiłam. Zebrałam wszystko ze stołu i zaczęłam zmywać. Może trudno w to uwierzyć, ale działało to na mnie wtedy kojąco. Gdy skończyłam wytarłam wszystkie naczynia i sztućce. Pozamiatałam nawet podłogę. Mimo późnej pory naszła mnie ochota na kakao, lecz postanowiłam, że najpierw pójdę się umyć, więc poszłam do łazienki. Do wanny nalałam gorącej wody i odrobinę mojego ulubionego, brzoskwiniowego płynu do kąpieli. Rozpuściłam długie, brązowe włosy, które opadły mi na ramiona i zmyłam makijaż. Z przyjemnością weszłam do wanny i rozkoszowałam się ciepłem wody. „Ten dzień nie był tak zły, jak myślałam, że będzie”- powiedziałam do siebie- „Jutro, bądź dla mnie równie łaskawe.”Zamknęłam oczy i lezałam tak około 15 minut. Umyłam się i wyszłam z łazienki. Ubrałam się w moją starą koszulkę z nadrukiem Nirvany, jeszcze z czasów liceum. Weszłąm do kuchni i wstawiłam mleko na kakao. Po 5 minutach, już z kubkiem gorącego płynu postanowiłam wyjść na powietrze. Mimo małej powierzchni, uwielbiałam swój balkon. W ogóle lubiłąm swoje mieszkanie. Wynajmuję je od brata Ani, mojej bratowej, od początku pobytu w Warszawie, czyli już od 3 lat. Na początku mieszkałam z dwoma współlokatorkami, ale teraz kiedy zarabiam, mogę sobie pozwolić na mieszkanie w pojedynkę. Cudem jest w ogóle to, że tutaj mieszkam. Gdyby nie znajomości na pewno nie byłoby mnie stać na lokum w centrum. I to nie byle jakie lokum. Sypialnia, salon z jadalnią, duża przestronna kuchnia i dość spora łazienka w centrum Warszawy, nie byłyby możliwe, gdyby nie mój brat i serdecznie mu za to dziękuję. Z kocem i kubkiem rozsiadłam się na hamaku, który zajmował całą powierzchnię balkonu i wpatrywałam się w rozświetloną stolicę. Ciepło, z każdym łykiem, rozchodziło się przyjemnie po całym moim ciele. Mimo maja, noce nadal były dość chłodne, dnie za to bardzo słoneczne. Szczerze odpowiadało mi takie rozwiązanie.
Siedziałam tak około pół godziny. Była 2:30, a ja nadal nie spałam. Musiałam wstać rano o 6:30. Uznając, że chyba jednak jestem trochę zmęczona wybrałam się do łóżka. Kochałam swoje łóżko, kochałam takie noce jak te, kochałam…