czwartek, 26 lipca 2012

Chapter XIII


Jakaś para właśnie weszła do restauracji i usiadła zaraz obok mnie. Zrobiło mi się bardzo smutno, kiedy patrzyłam na spoglądających na siebie z miłością ludzi nie wiele starszych ode mnie. W sumie sama mogłabym siedzieć tu tak jak oni, gdybym tylko chciała. Szczerze, to chciałam i to bardzo, jednak nie pozwalała mi na to moja cholerna duma. Szkoda, bo mogło być tak pięknie. Musiałam skończyć swoje rozmyślania, bo właśnie ku mojemu stolikowi zmierzał jakiś mężczyzna w wieku ok. 40 lat. I zdecydowanie nie był to ten szef kuchni, którego spotkałam wcześniej. Zaczęłam się trochę denerwować, że będę musiała tłumaczyć wszystko od nowa i wgl.

- Dzień dobry. To Pani chciała porozmawiać ze mną o restauracji?- przywitał mnie uściskiem, silnej i dużej, dłoni.

- Dzień dobry. No tak. Wasz szef kuchni zaproponował mi jakiś czas temu przejęcie tej restauracji ze względu na moje umiejętności i wyczucie smaku. I przyszłam dziś w związku z moją decyzją.

- Ooo. Doprawdy? Bo nic mi o tym niewiadomo.- odpowiedział mężczyzna, a ja zaczęłam się porządnie denerwować.

- Naprawdę. Jakiś tydzień temu byłam tu na obiedzie i w takich oto okolicznościach poznałam waszego kucharza.

- Trochę głupio, bo nic mi o tym nie mówił…

- To może poprośmy go tutaj, to nam to wszystko wyjaśni.- zaproponowałam.

- Myślę, że to niestety niemożliwe, bo Jan zmarł 2 dni temu.- odpowiedział mężczyzna, a ja nie wiedziałam, co zrobić.

- Oo. Przykro mi…- odparłam i spuściłam głowę w akcie bezradności.- Iii co teraz?

- Otrzymałem tę restaurację w spadku, tzn dopiero otrzymam, bo sprawa jest w przyszłym tygodniu. Wcześniej byłem menagerem tego lokum, ale że Jan nie miał żadnej rodziny restauracja po jego śmierci przypadła mnie. Szczerze, to praca tutaj zupełnie nie jest mi teraz po drodze, zakładam własną firmę i nie będę miał czasu na prowadzenie dwóch przedsiębiorstw. Ufam, że Jan naprawdę chciał przekazać Pani restaurację.

- Może to potwierdzić kelnerka, która mnie wtedy zaprowadziła do kuchni.- powiedziałam i wskazałam dłonią na dziewczynę odbierającą zamówienie. Poznałam ją bez problemu, mimo ubioru, które wszystkie kelnerki miały takie samo.

- Świetnie. Jeśli Pani nadal chcę tę restaurację to ja ją oddam. Skoro to było wolą Jana.

- Ale tak za darmo? Przecież mógłby Pan zażądać za nią dużych pieniędzy. Lokum świetnie usytuowane, nieźle prosperujące…

- Tak, wiem, ale Jan sam chciał ją komuś oddać. Mówił mi o tym i ja nie mogę robić czegoś wbrew jego woli. Całe swoje życie poświęcił dla tej restauracji i szczerze wierzę, że nie chciałby, żeby zarządzał nią człowiek bez pasji do gotowania, taki jak ja. Poza tym, jak już mówiłem, pozbywam się kłopotu. Nie mógłbym sobie pozwolić na  prowadzenie dwóch działalności jednocześnie. Może dla upewnienia chodźmy zapytać Magdy, jak to było.- powiedział i wstał przepuszczając mnie przodem, a następnie poszliśmy w kuchni, w której znajdowała się obecnie dziewczyna. Na moje szczęście kelnerka pamiętała mnie i potwierdziła moje „zeznania”. Chyba wszystko powoli zaczynało się układać. Mariusz, czyli obecny szef restauracji dał mi swoją wizytówkę i kazał zadzwonić w przyszłym tygodniu. Ustaliliśmy, że po rozprawie dotyczącej podziału majątku, Mariusz odda mi restaurację w formie darowizny. Zostawiłam mu swoje dane osobowe i adres, aby mógł zweryfikować moją wiarygodność. W końcu byłam dla niego obcym człowiekiem, któremu niekoniecznie musiał wierzyć. A w dzisiejszych czasach nie trudno zostać oszukanym. Chwila nieuwagi, źle podpisany dokument i problemy po uszy. A wiadomo, że nikt nie chciałby zostać zrobiony „w konia”. Z restauracji wyszłam szczęśliwa, ale jednocześnie zmartwiona, czy sobie poradzę. Muszę się nad tym dobrze zastanowić, skoro jeszcze mogę się wycofać. Wsiadając do autobusu prowadzącego do domu, zdecydowałam się pojechać do „Machiny”. W końcu przecież podjęłam decyzję i mogłam już pojawić się w restauracji. Po ok. 20 minutach wysiadłam z autobusu i przeszłam kawałek na piechotę, aby dostać się do celu mojej podróży. Już na ulicy czuć było, że jest właśnie pora obiadowa. Weszłam do środka.

- Hej. Jest Piotr?- zapytałam Amelki, która właśnie szła do kuchni z zamówieniem.

- Jest, ale chyba zajęty. Siedział w papierach, bo do jutra musi się rozliczyć z jakiegoś tam czegoś. Nie wiem. Bardzo wkurzony. Ale jak chcesz, mogę mu powiedzieć, że przyszłaś.

- No możesz. To ja idę do kuchni, jakby co.- powiedziałam i poszłam w tamtą stronę.

Korytarz był dość ciasny i maleńki, ale to zupełnie nie odbierało mu jego uroku. Bladoróżowa, stara jak świat tapeta, lekko już zdarta, prowadziła do dużego przedsionka z lustrem i blatem, na którym wydawane były posiłki. Mimo pory obiadowej w kuchni było wyjątkowo cicho, tak jakby nikt do nikogo nic nie mówił. Wchodząc do pomieszczenia zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście nie padają tam żadne słowa, oprócz coraz to nowszych zamówień. Przyglądając się twarzom skupionych pracowników, zauważyłam, że są strasznie zdenerwowani. Wśród krzątających się ludzi, dostrzegłam twarz Michała, który również nie należał do najszczęśliwszych.

- Co się dzieję? Czemu się do siebie nie odzywacie?- zapytałam zmartwiona.

- Nie dajemy rady! Idź ubieraj się i nie gadaj!- krzyknął do mnie i rzucił w moim kierunku fartuch.„No to super…”- pomyślałam i pobiegłam się przebrać.