czwartek, 23 lutego 2012

Chapter V



-Jak ja nie cierpię poniedziałków…- powiedziałam sama do siebie.
Faktycznie, nienawidziłam ich mimo tego, że mogłam dłużej pospać. Zajęcia zaczynały się o 9:30, więc  miałam dodatkowe półtorej godziny.  Pomimo to, obudziłam się o 7:30 i nie mogłam zasnąć. Postanowiłam wstać i wyjść po świeże pieczywo. Opuściłam ciepłe łóżko i udałam się do łazienki. Przemyłam twarz zimną wodą i umyłam zęby. Zrezygnowałam z makijażu. Nigdy nie czułam się dobrze w tych wszystkich fluidach i pudrach. To zdecydowanie nie dla mnie. Stawiam na naturalność. Udałam się do szafy, wyjęłam z niej czarne legginsy i kwiecistą tunikę. Na stopy włożyłam czerwone baletki, a z wieszaka zdjęłam mój ulubiony, wielki koszyk. Zabrałam telefon,portfel i mp3. Włączyłam piosenkę Coldplay- Charlie Brown, która zawsze wprawia mnie w dobry nastrój i wyszłam.
Na ulicy, mimo tej godziny, nie było zbyt dużego ruchu. Spotkałam tylko paru rowerzystów i pieszych. Słońce przyjemnie ogrzewało moją twarz. Spojrzałam na zegarek. Punkt ósma. Uznałam, że mam jeszcze trochę czasu i usiadłam na ławce.
 „Taki piękny dzień. Moje problemy nie mogą popsuć mi humoru. Za kilka dni przyjeżdza Jeremy. Ciekawe jak to będzie… Mam się z nim spotkać? I co mu powiem?”- myślałam wygrzewając się na słońcu i wyginając głowę do tyłu.
„A to wczoraj z Miłoszem to nie wiem, co to miało być… Przecież widzieliśmy się dwa razy w życiu… Bardzo go lubię i w ogóle, ale nie wiem… O matko. Ja nigdy nic nie wiem. Nienawidzę się za to.  Mam nadzieję, że dzisiaj nie posunie się dalej niż wczoraj.  Podoba mi się. Nawet bardzo. Zresztą komu mógłby się nie podobać. Wysoki, młody, przystojny brunet, z pięknymi, zielonymi oczami i zniewalającym uśmiechem. Czego można chcieć więcej? Chyba tego, że nie jest Jeremy’m… Wszystkich facetów porównuje do niego. Chyba coś jest ze mną nie tak…”- otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leżałam tak ponad pół godziny.
Przetarłam oczy i wstałam. Zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę piekarni. Kupiłam 4 świeże bułki i 2 ciastka francuskie. Zdecydowałam się kupić także kawę. Zamówiłam sobie gorące expresso i wyszłam ze sklepu. Miałam jeszcze pół godziny do wyjścia, więc szybkim krokiem poszłam w stronę miejsca mojego zamieszkania. Koło kamienicy spotkałam Maję. Całkiem zapomniałam, że miałyśmy razem iść na zajęcia.
- Przepraszam. Zapomniałam.- powiedziałam ze skruchą do koleżanki.
- Spoko. Nie czekam długo. Idź się zbieraj, bo nie mamy zbyt wiele czasu.- opowiedziała.
 
Weszłam do budynku i pobiegłam do mieszkania. Zabrałam tylko zeszyty, a usta przejechałam błyszczykiem. Byłam gotowa.
- Ok. Możemy iść.- krzyknęłam do przyjaciółki.
- Witam.- usłyszałam męski głos.
- Cześć Miłosz, co ty tu robisz?- zapytałam zszokowana.
- Heh. Tak mnie witasz? Nieładnie.- zażartował mężczyzna- Mówiłaś wczoraj, że idziesz dziś na zajęcia, więc pomyślałem, że przyda ci się podwózka.- uśmiechnął się zawadiacko.
- Myrhry- Maja udawała, że się dusi. Myślałam, że padnę ze śmiechu.
- Heh, no tak. Zapomniałam was przedstawić. To Maja, a to Miłosz.- wskazałam najpierw na dziewczynę, później na mężczyznę.
- Bardzo mi miło.- odparła, wyraźnie zauroczona Miłoszem, Maja.
- Mnie też.- Uśmiechnął się Miłosz.- Mamy 15 minut. Musimy się zbierać. Jedziesz z nami?- zapytał mojej przyjaciółki.
- Bardzo chętnie, ale mam rower.- odparła Maja.- Miło było cię poznać. Do zobaczenia.- odpowiedziała dzieczyna i zaczęła wbijać mi swój łokieć w bok.
- Widzimy się na uczelni, Maja.- powiedziałam i uwolniłam się, nie mogąc opanować śmiechu.
- Tak, tak. Pa.- puściła mi oko.
- Idziemy? Zaparkowałem tam.- wskazał ręką na swój srebrny samochód.
- Okej.- uśmiechnęłam się do niego.- Miło, że przyjechałeś.- odwzajemnił uśmiech.
Wsiedliśmy do samochodu.
- Fajna ta twoja przyjaciółka.- zagadał mężczyzna.
- No tak. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła. – odpowiedziałam.
- Dobrze mieć kogoś takiego przy sobie. – odparł bez wyraźnego entuzjazmu w głosie.
- Coś nie tak?- zapytałam zaniepokojona.
- Nie, wszystko ok. – zrobił udawany uśmiech.- Kiedyś może o tym pogadamy.
- Dobrze. Jesteśmy już na miejscu.- powiedziałam.
- Rzeczywiście.- wysiadł z samochodu i otworzył mi drzwi.
- Dziękuję. – uśmiechnęłam się.
- Nie ma za co. Kiedy widzimy się znowu?- zrobił maślane oczy.
- Aa nie wiem. Zadzwoń wieczorem.- ucałowałam go w policzek.
- Nie odczułem w tym pocałunku ani trochę entuzjazmu.- uśmiechnął się zawadiacko- To powinno wyglądać tak.- pocałował mnie soczyście w policzek.- Ooo tak.- wyszczerzył zęby dumny ze swojego dzieła.
-  Do usłyszenia. Miłego dnia. – uśmiechnęłam się i odeszłam. Miłosz jednak złapał mnie za rękę, przysunął do siebie i objął wpół.
- Teraz na pewno będzie miły. –miałam wrażenie, że wiedział jak działa na mnie jego uśmiech.
- Muszę już iść, bo się spóźnię.
- Oj, tylko 5 minut… Nic się nie stanie.
- Stanie się. Niedługo się zobaczymy. Pa.- uśmiechnęłam się i odeszłam. Odwróciłam się i pomachałam do niego.
- Zadzwonie wieczorem!- krzyknął i odmachał mi serdecznie.
Było mi bardzo miło,chociaż ani trochę nie przypominał Jeremy’ego, tego wysokiego, postawnego chłopaka z burzą kręconych włosów. W niczym nie był do niego podobny. Może i lepiej.
- No, no, no.- w holu uczelni czekała na mnie Maja- Kto to był? I czemu nic mi nie powiedziałaś?
- Pamiętasz tego lekarza, do którego dzwoniłam ostatnio?- uśmiechnęłam się.
- To on?! Nie gadaj! Wyobrażałam sobie jakiegoś starszego faceta… A tu proszę bardzo…- dziewczyna była w szoku.- Jeśli nie jesteś jakoś szczególnie nim zainteresowana to wiesz…- wyszczerzyła zęby.
- Jasne, jasne. – ruszyłam przed siebie- Przez ciebie będę miała siniaka na prawym boku!- pokazałam bolącą część ciała.
- Przepraszam, ale musiałam jakoś wyładować emocje. Nie codziennie spotyka się takiego faceta.- uśmiechnęła się.- Jesteście razem?
- Nie! To znaczy nie. Jest bardzo miły i w ogóle, ale nie.- gubiłam się w zeznaniach.
- Jak to nie? Przecież on jest wpatrzony w ciebie jak w obrazek dziewczyno! Wykorzystaj to jakoś.- zaczęłyśmy się śmiać.
- Mam go związać, zasłonić oczy i zgwałcić?- zapytałam ledwo łapiąc oddech.
- Interesująca propozycja.- Maja puściła mi oko.
W bardzo dobrych humorach udałyśmy się na salę. Podczas zajęć zaczęłam jej tłumaczyć sprawę z propozycją posady, jednak postanowiłyśmy dokończyć naszą rozmowę wieczorem.  Chciałyśmy zjeść pyszną kolację, pogadać i obejrzeć wszystkie horrory, jakich jeszcze nie widziałyśmy. Umówiłyśmy się na 20.
Uczelnię, w szampańskich nastrojach, opuściłyśmy ok. godziny 14. Maja wsiadła na swój rower i pojechała do swojej pracy. Ja miałam całe 6 godzin dla siebie i postanowiłam odwiedzić tatę i doradzić się w sprawie pracy. Ojciec mieszkał w małej wiosce pod Warszawą. Po śmierci mamy, został z nim mój brat, który razem ze swoją żoną  Anką i małym Adasiem, przeprowadzili się do niego z Wołomina. Marek zawsze miał świetny kontakt z tatą i nie wyobrażał sobie zostawić go samego, a rodzice mieli duży dom, więc nie było żadnego problemu z ich zamieszkaniem tam. Cieszyłam się na spotkanie z nimi. Pospiesznie wybrałam numer Marka. Po kilku sygnałam usłyszałam głos w słuchawce.
- Slucham?- rozbrzmiał głosik maleńkiego chłopca.
- Cześć Adasiu. Tatuś jest gdzieś niedaleko?- zapytałam z czułością.
- Ciocia!- zdążyłam usłyszeć tylko tyle- Cześć siostra! Co się stało, że dzwonisz?- odezwał się mój brat.
- A to musi się coś dziać?- zapytałam- Chciałabym was dzisiaj odwiedzić. Jesteście w domu?
- Pewnie! Zaraz powiem tacie. Na pewno bardzo się ucieszy.Wyjechać po ciebie na dworzec?- wyrecytował jednym tchem.
- Byłoby świetnie. Na miejscu będą za jakąś godzinę.Biegnę na autobus. Do zobaczenia.- pożegnałam się z bratem.
- Pa.
Wsiadłam w nabliższy tramwaj, który jechał w stronę dworca autobusowego. Gdy wysiadłam postanowiłam kupić jeszcze jakieś słodycze dla małego i bliskich, i poszłam poczekać na autobus. Planowo powinien przyjechać za 5 minut na stanowisko 3. W rzeczywistości czekałam 10 minut dłużej, ale w końcu się doczekałam. Kupiłam bilet studencki i usiadłam na najbliższym siedzeniu. Włączyłam muzykę i odpływałam przy muzyce 30 seconds to Mars. Nim się spostrzegłam, byłam już na miejscu, a na ławce siedział mój brat z synem. Uśmiechnęłam się na ich widok.
- Heej!- Krzyknęłam w ich stronę i ucałowałam Marka.
- Cześć ciociu. To dla ciebie!- Adaś stał uśmiechni ęty i wręczył mi bukiecik polnych kwiatów- Cały dzień zbierałem!- podniosłam go na ręcę i wyściskałam.
- Doceniam to. Dziękuję ci bardzo. Jak ty wyrosłeś! Niedługo będziesz taki jak tata, prawda?- uśmiechnęłam się do niego.
- Mama też tak mówi.- spojrzał w stronę taty.
- Chodźcie! Jedziemy do domu.- zarządził Marek- Ania pewnie czeka na nas z obiadem.
Poszliśmy w stronę wielkiego, terenowego auta i wsiedliśmy do niego. Droga do domu trwała jakieś 5 minut. W końcu byliśmy na miejscu. Mój uśmiechnięty ojciec siedział spokojnie w fotelu na werandzie, kiedy jednak zobaczył samochód poderwał się do góry. Wstał i próbował za pomocą laski zejść po schodach. Widząc, jak wielki to dla niego wysiłek, pobiegłam tak szybko jak mogłam.
- Tatku! I po co się tak zrywasz? Przecież już do ciebie biegnę.- podeszłam do niego i uściskałam go z całych sił.
- Moja kochana córcia, wreszcie odwiedziła starego ojca! – zażartował tata- Chodźmy do domu. Ania zrobiła mizerię na obiad.- powiedział próbując dżwigać się na nogach i podnieść do góry.
-Chodź tato, pomogę ci.- przyszedł Marek i pomógł mu wejść do domu.
Wchodząc do korytarza poczułam ten charakterystyczny zapach cytryn i palonego drewna. Rodzice zawsze wieczorem palili w kominku i teraz Marek i Ania przejęli tę tradycję. Uwielbiałam  ten aromat unoszący się w powietrzu.
- Hej bratowa!- podeszłam do Ani i uściskałam ją serdecznie- Słyszałam, że zrobiłaś mizerię. Załapię się na trochę?
- Hej. Oczywiście. Obiadu wystarczy dla każdego. Proszę umyć ręcę i siadamy do stołu!- odwzajemniła uścisk i  udała się do kuchni. Wszyscy pozostali poszli do łazienki, wykonać polecenie pani domu.
Posiłek był przepyszny. Ania była świetną kucharką, wspaniałą żoną i matką. Mój brat nie mógł trafić lepiej. Znali się od technikum, więc jest to typowy przykład szkolnej miłości. Pamiętam jak w nocy wymykał się z domu, żeby się z nią spotkać, a mnie przekupywał cukierkami. 10 lat różnicy między nami nie było dla nas żadnym problemem. Zawsze świetnie się dogadywaliśmy. Teraz, kiedy ma swoją rodzinę, nie często się widzimy, więc tym bardziej cieszyłam się na to spotkanie.
Po obiedzie, kiedy Adaś bawił się na podwórki, a my siedzieliśmy na werandzie i piliśmy kompot postanowiłam z nimi porozmawiać.
- Muszę z wami pogadać.- powiedziałam nieśmiało.
- Wiedziałem, że nie przyjechałaś bez powodu!- krzyknął mój brat triumfalnie- To coś powazniego?- dodał szturni ęty przez żonę.
- Raczej tak… W zasadzie to nawet dobra wieść.- odpowiedziałam.
- Wychodzisz za mąż?!- zapytał Marek.
- Coś ty!- odparłam- Dostałam propozycję pracy w dość dobrej restauracji. Praktycznie dostałam propozycję przejęcia całej restauracji.
- Coo?- zapytał tata- Jak to?
- No ja też nie wiem. Szef kuchni uznał, że byłabym świetną osobą na to stanowisko i, że mam wspaniały gust, jeżeli chodzi o potrawy.
- No to nad czym się tu zastanawiać? Brać i już!- powiedział tata bez ogródek.
- Też tak myśle.- dodał Marek- To chyba dla ciebie szansa.
- No tak. I to wielka. Ale w „Machinie” pracuję już od dwóch lat, mam tam przyjaciół i w ogóle…
- A do kiedy masz zdecydować?- zapytała Ania.
- Facet powiedział, że poczeka, ile będzie trzeba.- odpowiedziałam.
- No to chyba jakiś anioł!- krzyknął tata.
- A może on ma jakieś problemy z tą restauracją i chce ją jak najszybciej komuś oddać?- Marek wyczł jakiś podstęp.
- Też o tym myślałam… Nie wiem już co mam robić…- odpowiedziałam.
-Córcia, sama musisz podjąć decyzję. My ci w tym nie pomożemy.
- Wiem o tym, wiem…
W międzyczasie przybiegł Adaś.
- Ciociu, ciociu! Pobawisz się ze mną?!- zapytał rozradowany malec robiąc maślane oczka. Nie mogła  odmówić.
- Ciocia na pewno jest zmęczona. Daj jej odpocząć.- powiedziała do małego jego mama.
- Chętnie pójdę.- uśmiechnęłam się do malca i jego mamy- Ja mam dla was coś jeszcze.- wyjęłam z koszyka czekoladki i cukierki, i wręczyłam je wszystkim. Adaś od razu zjadł połowę.
- Idziemy?- zapytałam go.
Tak upłynęło całe popołudnie. Nadszedł czas odjazdu. Pożegnałam się z bliskimi, a brat odwiózł mnie  na przystanek.
- Słuchaj swojego serca. Ono ci zawsze słusznie podpowie.- powiedział do mnie Marek patrząc mi prosto w oczy.
- Trudno go słuchać, kiedy jest złamane…- odparłam zwiesiwszy głowę.
- Ten Australijczyk Jeremy? Cały czas o nim myślisz. Przecież wiesz, że to ostatni dupek…- brat próbował mnie pocieszyć- Nie przejmuj się nim. Nie warto.
-On... przyjeżdza za parę dni… Dzwonił do Mai.-
- Że niby po co? Nagle sobie o tobie przypomniał!?- Marek wyraźnie się zdenerwował.
- Ma jakieś interesy w Warszawie, czy coś. Zresztą… Gówno mnie to obchodzi. Mam teraz ważniejsze sprawy.- próbowałam się uśmiechnąć, ale na nic się to zdało. Mój autobus właśnie przyjechał.
- Uważaj na siebie w tej stolicy. Trzymaj się. I wiesz co? Weź tę restaurację. Lepiej żałować, że się…
- Wiem. – usmiechnęłam się- Dzięki. Pa.

środa, 22 lutego 2012

Chapter IV



Dzisiaj, jak w każdą niedzielę, stawiłam się w „Machinie” o 8:00. Jak zawsze, najpierw powędrowałam na zaplecze przebrać się. Spotkałam tam Piotra.

- Fiu, fiu. Co za nogi…- powiedział Piotrek, zapinając fartuch i opierając się o szafkę- Nie mogę uwierzyć, że założyłaś szpilki. Stało się coś?
- Dzień dobry.- odparłam z uśmiechem- Potrzebuję  się zwolnić o 12:30 na jakieś półtorej godzinki. Co ty na to?- zrobiłam oczy jak kot ze „Shreka”.
- Laura, przecież wiesz, że dzisiaj największy ruch… Nie bardzo sam sobie poradzę z tym wszystkim.
- Nie zapominaj, dlaczego zarudniłeś Michała. Sam widziałeś, że wczoraj się sprawdził.
- Taa. Szczególnie z naleśnikami…- podsumował chłopaka mój pracodawca.
- Przestań. Później, w ciągu dnia, było już o wiele lepiej. Bardzo dobrze współpracowaliśmy. Myślę, że będzie zachwycony móc przejąć moje obowiązki na te dwie godziny. Jednocześnie to będzie taki sprawdzian dla niego…
- Dobra już. Możesz iść. Ale góra dwie godziny.- powiedział niezbyt uradowany Piotr.
- Tak jest szefie!- krzyknęłam całując go w policzek.

Przebrałam się i razem poszliśmy do kuchni. Tam czekał już na nas Michał, gawędząc z Melą.

- Siema wszystkim. Co tam?- zapytałam.
- Hej. Bardzo dobrze. Zrobiłem ciasto, tak jak mnie uczyłaś.- odpowiedział z uśmiechem Michał.
- Wspaniale.
- Dla tego kogoś się tak wystroiłaś?- wyszczerzył zęby.
- Wcale się nie wystroiłam.- odparłam.
- Widziałem jak wchodziłaś. Obcisłe spodnie, szpilki, upięte włosy. Nie poznałem cię.
- O kim wy mówicie? Dla kogo się wystroiłaś?- podchwyciła temat Mela.
- Dla nikogo. Panu od naleśników się coś ubzdurało.
- Nic mi się nie ubzdurało. Po prostu chciałbym, żeby ktoś kiedyś tak się dla mnie wystroił…- Michał zrobił rozmarzone oczy.
- Uznajmy, że to dla ciebie.- puściłam mu oko.
- Koniec pogaduszek do roboty!- zganił nas Piotr.

Widać było, że nie lubił Michała. Nie mam pojęcia, dlaczego. Przecież sam go zatrudnił przed kilkoma dniami.

Zabrałam się za przyrządzenie sałatek i marynowanie ryb i miesa. Chciałam zrobić jak najwięcej, żeby Michał miał mniej do roboty. Wiedziałam, że Piotr i tak da mu popalić. Zbliżała się 12 i zaczęłam się trochę denerwować. Mój stres i ciągłe sprawdzanie godziny zauważył Piotrek.

- Możesz już iść. Poradzimy sobie jakoś. I nie denerwuj się tak. Będzie dobrze.- puścił do mnie oko.
- Serio? Oo świetnie. Dziękuję. Michał, wiesz, co masz robić?- zwróciłam się do chłopaka krojącego paprykę w paski.
- Yyy. Niebardzo. Chyba słuchać szefa.- odparł zmieszany chłopak.
- Heh. To też. Ale musisz też upiec, bądź uspażyć ryby, wszystkie przepisy masz tutaj.- wskazałam dłonią na zeszyt przymocowany do blatu.-  I musisz zrobić zupy. Tak jak wczoraj. Z deserami sobie razem poradzicie. Wszystkie sałatki są w lodówce. To chyba wszystko.
- Na pewno.- powiedział Piotr- Poradzimy sobie. Ty lepiej już zmykaj, bo już piętnaście po.
- Ok. Dzięki. Do zobaczenia za dwie godziny.- odpowiedziałam niezbyt pewna swoich słów.
- Będzie dobrze. Jakby coś, to wiesz.- wtrącił Michał, pokazując gest słuchawki.
- Ok. Pa.- wyszłam z kuchni i pobiegłam do szatni. Założyłam szpilki i żakiet.

Pokropiłam się także moimi ulubionymi perfumami. Wychodząc przeżegnałam się, mając nadzieję, że Bóg będzie miał mnie w swojej opiece. Moje prośby zostały wysłuchane.
Z sercem na ramieniu zaczęłam się rozglądać wkoło w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Nagle rozdzwonił się mój telefon.  Odczytałam SMS’a o treści: „Za kolumną Zygmunta”. Idąc w tamtym kierunku, słyszałam jak wali mi serce. Obchodząc kolumnę dookoła zrozumiałam, że ktoś robi sobie ze mnie żarty. Odwróciłam głowę, żeby odejść , kiedy nagle, naprzeciwko siebie, zobaczyłam postać opartą o ławkę i szczerzącą zęby. Podeszłam.

- No tak. Mogłam się ciebie spodziewać.- powiedziałam bez wielkiego entuzjazmu.
- Miałem pokombinować i oto jestem.- odparł.
- No i przeszedłeś samego siebie!- wykrzyknęłam mu prosto w twarz.
- To źle? Chciałem, żebyś była zaskoczona.- Miłosz spuścił głowę.
- I jestem. Bardzo. Po prostu nie lubię, kiedy ktoś bawi się moim kosztem.- byłam zła na niego, że urządził sobie zabawę w kotka i myszkę.
- Przepraszam. To nie tak miało wyglądać. Jak zawsze wszystko spieprzyłem.- odpowiedział i wręczył mi mały bukiet moich ulubionych czerwonych tulipanów- To dla ciebie.- powiedział.
- Dziękuję.- odparłam i usiadłam na ławce.- I co? Tak będziemy tu siedzieć, czy masz jeszcze jakieś „niespodzianki”?- zapytałam.
- Przestań. Chciałem iść na obiad, ale chyba to już nieaktualne…
- Nie? Nie po to szłam tutaj w 10-centymetrowych szpilkach.- wstałam i poszłam przed siebie.
Miłosz mnie dogonił i wyciągnął rękę.
- Służę ramieniem.- uśmiechnął się do mnie chyba najpiękniej jak potrafił. Nie mogłam nie skorzystać.
- Chętnie. Widzisz jak się poświęcam?- wskazałam na buty i uśmiechnęłam się.
Nagle Miłosz podszedł i wziął mnie na ręcę. Moje sprzeciwy nie pomagały.
- Mówiłaś, że bolą Cię nogi. Teraz już za późno. Do której knajpy idziemy?- zapytał i pokazał swoje wszystkie, białe jak śnieg, zęby.
- No to może do tej, po prawo? – wskazałam na miłą restaurację, niedaleko nas.
- Załatwione.
Widziałam, jak ludzie dookoło się na nas patrzyli. Szczerze, to jakoś się tym nie przejęłam.
Miłosz postawił mnie na nogi tuż przed drzwiami restauracji.
- Jesteśmy na miejscu.- uśmiechnął się.
- Widzę. Ładne miejsce. Nie byłam tu jeszcze.
- Ja też nie.

Udaliśmy się wgłąb budynku. Usiedliśmy, a od razu przyszła do nas miła kelnerka. Podała nam Menu, a my zaczęliśmy wybierać coś dla siebie.

- Mam tylko dwie godziny. Musimy się pospieszyć. – Oznajmiłam mojemu towarzyszowi.
- I tak się cieszę. Równie dobrze mogłaś w ogóle nie przyjść, albo zostawić mnie po tej nieudanej „niespodziance”. Przepraszam.
- Rozważałam taką możliwość, ale coś jednak byłeś mi winny, a ja jestem bardzo głodna.- odpowiedziałam, puszczając mu oko.
- Heh. Laura, co zamawiasz?- zapytał, widząc zmierzającą w naszym kierunku kelnerkę.
- Ja poproszę filet z łososia pieczony z cytryną i kolendrą, i sałatkę z rukoli do tego. Proszę jeszcze wodę niegazowaną z cytryną.
- Ja poproszę kurczaka po hawajsku i sałatkę z pomidorów do tego.
- Do kurczaka po hawajsku, lepsza będzie sałatka z ananasem i selerem. Macie taką?- zapytałam kelnerkę.
- Nie mamy, czegos takiego w menu, myślę jednak, że dla państwa szef kuchni specjalnie coś takiego zrobi. Jakie jeszcze dodatki do tego?
- Roszpunka, ananas, seler i kukurydza. To wszystko z oliwą z oliwek i odrobiną jogurtu naturalnego. Co ty na to, Miłosz?
- Wspaniała. – odparł zaskoczony mężczyzna.
- A i proszę skropić sokiem z cytryny. Dziękuję, to wszystko.
-Życzy Pan sobie także coś do picia?- spytała kelnerka.
- Poproszę to samo, co dla niej.-wskazał na mnie- Dziękuję.
Kelnerka odeszła od naszego stolika i poszła w kierunku kuchni.
- Skąd się na tym znasz?- od razu zapytał Miłosz.
- To moja praca. –odpowiedziałam- To, co kocham.
- To widać. Ty mówiłaś o tym z taką pasją, z jaką nawet ja, nie opowiadam o cyklu pracy serca.
- Heh. Właśnie. Opowiedz mi coś o sobie, o swojej pracy, rodzinie i w ogóle.
- Pracuję w klinice kardiologii i zajmuję się tymi poważnymi przypadkami. W przyszłym roku czeka mnie mój pierwszy przeszczep serca i na razie się tego uczę. Po za tym, już od jakichś 3 lat pracuję w fundacji „Serce za serce” i pomagam ludziom z poważnymi wadami serce, których nie stać na pobyt w klinice.- wyrecytował jednym tchem- Jeśli chodzi o rodzinę to moi rodzice mieszkają w małej wiosce pod Poznaniem.
- Musisz mieć naprawdę ciekawą pracę. I do tego ta fundacji. Nieźle. Potrącając mnie na pasach, chciałeś zdobyć kolejnego pacjenta?- zażartowałam,ale on chyba jednak nie zrozumiał żartu.
- Przepraszam, przecież wiesz, że to nie tak miało wyglądać… Dzisiaj chciałem to wszystko naprawić,ale chyba mi nie wyszło…- mężczyzna zrozumiał moje słowa śmiertelnie poważnie.
- Żartowałam. Czy wyszło, to się okaże próbując naszych dań.- uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że choć trochę rozweselę Miłosza. W naszą stronę zmierzała kelnerka.
- Szef kuchni prosi Panią do siebie.- powiedziała kobieta.
- Słucham?- zapytałam. Byłam zszokowana.
- Szef kuchni prosi Panią do siebie.- powtórzyła słowo w słowo.
- Ale w jakiej sprawie? Coś nie tak?-spytałam.
- Proszę za mną. – powiedziała.
Zrobiłam pytającą minę w stronę Miłosza. Odwzajemnił się tym samym. Śledząc kobietę próbowałam jeszcze dowiedzieć się, o co chodzi jednak nie chciała nic powiedzieć.
- Witam Panią!- w progu przywitał mnie starszy mężczyzna, który najprawdopodobniej był szefem kuchni.
- Dzień dobry. Stało się coś? Coś nie tak?- zapytałam.
- Wręcz przeciwnie. To co Pani zamówiła, jest po prostu… po prostu… wspaniałe! Dawno nie spotkałem kogoś z tak dobrym gustem.
- Tak, więc nadal chyba nie wiem, o co chodzi.- odparłam zmieszana.
- No tak. Od dawna szukam kogoś na moje miejsce. Najwyższa pora na emeryturę, a ja nadal nie mam nikogo, komu mógłbym powierzyć kuchnię i swoje przepisy. A teraz mam wrażenie, że kogoś takiego znalazłem! Pani jest dla mnie jak objawienie! Płomyczek nadziei, posród mroku!- mężczyzna ciągnąłby dalej, gdybym mu nie przerwała.
- Ale ja tylko zamówiłam sałatkę. Nie może Pan, po tym ocenić moich umiejętności.
- Ja wiem , że byłaby Pani na właściwym miejscu. Jeżeli Pani chce, to ja mogę podpisać umowę nawet teraz!- wykrzyczał mi w twarz.
- Nie!- krzyknęłam od razu- To znaczy, ja pracuję, nie mogłabym, tak ot, rzucić pracy. Mam zobowiązania.- powiedziałam zdeorientowana całą sytuacją.
- Ja Panią doskonale rozumiem. Jeśli jednak się Pani zdecyduje, to mój numer.- podał mi kartkę- proszę się odezwać. Zaczekam, ile będzie trzeba. A teraz proszę już iść. Sałatka i ryba już na Panią czekają. Do zobaczenia.- to ostatnie zdanie powiedział tak, jakby był tego pewien. Może miał rację…
Wyszłam z kuchni i poszłam w kierunku naszego stolika.
- Stało się coś? Jesteś taka blada.- zapytał zmartwiony Milosz.
- Właśnie dostałam propozycję pracy.- odpowiedziałam siadając i biorąc łyk orzeźwiającej wody.
- Co?- zasmiał się mężczyzna.
- No ja też jestem w szoku.- spojrzałam na zegarek- Została godzina. Jedzmy.- siegnęłam po widelec i spróbowałam sałatki Miłosza- Faktycznie dobra.- uśmiechnęłam się do siebie.
- To dzięki niej?- zapytał.
- No tak podobno jest „ po prostu…wspaniała!”- zaśmiałam się.

Zaczęliśmy jeść. W międzyczasie rozmawialiśmy o pasjach, mojej pracy i studiach. Nim się spostrzegliśmy musieliśmy już wychodzić.

- Chyba muszę już iść. Muszę jeszcze dotrzeć do mojej restauracji.
- Nie ma problemu. Zawiozę cię. Gdzie to jest?-zapytał.
- Niedaleko, w centrum. Pokaże ci.- odpowiedziałam.
Poszliśmy w stronę jego samochodu i wsiedliśmy. Podwiózł mnie pod samą restaurację.
- Było bardzo miło. Dziękuję.- powiedziałam.
- Zadzwoń do niego.- rzekł.
- Do kogo?
- No do tego szefa kuchni. Chcesz do końca życia pracować tutaj?- zapytał wskazując na budynek.
- Mam tutaj przyjaciół, pracuję tu od dwóch lat… Dobrze mi tutaj.- powiedziałam z sentymentem w głosie.
- Zrobisz, jak będziesz chciała, ale to twoja życiowa szansa. Nie zmarnuj jej.
Wiedziałam, że mówił szczerze. W zasadzie, po co miałby kłamać. „Laura, czeka cie kolejna trudna decyzja”- pomyslałam.
- Ja też się świetnie bawiłem. Dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że chociaż trochę się zrehabilitowałem.- uśmiechnął się do mnie zawadiacko.
- Troszkę. Tak tyci- tyci.- palcami pokazałam odrobinę.
-  Mam nadzieję, że będę miał okazję zrekompensować się jeszcze wiele razy.- oznajmił Miłosz.
- Zobaczymy, jak będziesz kombinował.- uśmiechnęłam się.- Do zobaczenia.
- Pa.- cmoknął mnie w policzek.
-Pa.- pocałowałam go w drugi.
- Spotkajmy się jutro.- powiedział i pocałował mnie w usta.
- A więc do jutra. – wyrwałam się i weszłam do środka.Widziałam jak odjeżdzał.
Poszłam szybko do szatni się przebrać i pobiegłam do kuchni. Przywitałam wszystkich krótkim „Hej”.
- Hej! Mniemam, że było ok, skoro nie dzwoniłaś, hm?- zapytał Miłosz.
- Tak, tak ok.- odparłam od niechcenia. Czułam, że policzki mnie palą, więc odwróciłam się i wyjęłam mięso z lodówki. Zaczęłam przygotowywać pieczeń rzymską i już do 22, do nikogo się nie odzywałam. Po prostu umyłam ręce, przebrałam się i wyszłam.
- Stało się coś?- zza drzwi wyszedł Michał i zauważył moją wystraszoną minę.- Przepraszam. Nie chciałem Cię przestraszyć.
- Nic się nie stało. Wszystko ok. Po prostu jestem zmęczona.
- Kim był ten facet?- zapytał bez ogródek.
- Kolegą. – odpowiedziałam.
- Od kiedy to całujesz się z kolegami?- zapytał pewien siebie.
- Skąd wiesz? Poza tym to chyba moja sprawa z kim się całuję, prawda?- odparła wkurzona, że ktoś wtyka nos w moje sprawy.
- Prawda. Przepraszam.- odpowiedział zmieszany moją reakcją.
- Dostałam propozycję pracy.
Nie wytrzymałam. Musiałam komuś powiedzieć. Opowiedziałam mu o wszystkim i nim się zorientowałam byliśmy pod moją kamienicą.
-Dobranoc.- pocałował mnie w policzek i odszedł.- Przemyśl to wszystko. To dla ciebie szansa.
- Dobranoc.- odpowiedziałam i udałam się w stronę wejścia. Niebo było ciemne, a gwiazdy i księżyc pięknie podkreślały urok majowej nocy.” Kolejny wiosenny dzień za mną”- pomyslałam i weszłam o budynku.



Chapter III



    Ciepłe promienie słońca wdarły się do pokoju budząc mnie przed dźwiękiem budzika. Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze 10 minut, żeby rozkoszować się ciepłem mojego łóżka. „ No, Laura. Czas stawić czoło kolejnemu dniu”- powiedziałam do siebie w myślach. Sięgnęłam po moją mp3 i włączyłam „Time of dying”- Three Days Grace. To jeden z takich kawałków, które potrafią zebrać mnie do kupy i zmotywować do działania. Leżąc tak ze słuchawkami w uszach doszłam do wniosku, że nie będę się przejmować Jeremy’m.  Skoro on nie przejmował się mną przez cały ten czas, dlaczego niby ja teraz miałabym przejmować się nim? Ta myśl zdecydowanie pozwoliła mi cieszyć się słońcem, ciepłem łóżka i ukochaną piosenką w uszach. Nim zadzwonił budzik, wstałam i poszłam do łazienki wykonać poranną toaletę.  Wzięłam szybki prysznic i zrobiłam delikatny makijaż. Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej biała sukienkę i błękitny, pastelowy sweterek. W między czasie wstawiłam wodę włożyłam chleb do tostera. Ubrałam się, a na stopy nałożyłam pudrowe baleriny. Do tego dobrałam perłowe kolczyki i słomianą, maleńką listonoszkę. Gwizdek oznajmił mi, że woda na kawę jest już gotowa, więc pobiegłam do kuchni. Do kubka wsypałam dwie łyżeczki rozpuszczalnej kawy i zalałam to wrzątkiem. Wyjęłam z lodówki dżem truskawkowy i posmarowałam nim tosty. Chciałam zrobić także kanapki do pracy, ale przypomniałam sobie, że w restauracji są one zupełnie niepotrzebne. Po skończonym posiłku naczynia włożyłam do zlewu, a sama zebrałam swoje rzeczy i wyszłam z mieszkania. „To chyba będzie dobry dzień”- uśmiechnęłam się do siebie.

   O 8: 00 byłam już na miejscu. Miła, mała knajpka, w której znalazłam swoje powołanie i przyjaciół. Bo chociaż na początku studiów była to dla mnie praca, czysto zarobkowa to teraz nie wyobrażam sobie życia bez zapachu smażonych naleśników i kremu czekoladowego. Jest to specjał naszej kuchni śniadaniowej. Robimy zdecydowanie najlepsze naleśniki w mieście. Przynajmniej w Centrum.
   Gdy tylko weszłam usłyszałam donośny, męski głos dochodzący z kuchni. „Piotr”- pomyślałam.  Z pewnością opieprzał nowego pomocnika. Na początku i ja dostawałam opieprz od szefa, lecz z biegiem czasu jego wskazówki okazywały się bardzo pomocne i przydatne, a my okazywaliśmy się zgraną parą w kuchni. Teraz rozumiemy się bez słów.
   Okazało się, że nie pomyliłam się ani trochę. Nowy pracownik, z którym nie zdążyłam się jeszcze poznać, stał ze zwieszoną nisko głową, a Piotr darł się na niego ile wlezie.
- To są naleśniki?! Od kiedy naleśniki mają konsystencję wody?! Więcej mąki człowieku! Chcesz być dobrym kucharzem, a nie potrafisz zrobić naleśników?! Boże.. Widzisz, a nie grzmisz.-  wyrecytował jednym tchem Piotr wyraźnie poirytowany.
- Tak jest szefie.- dodał bez żadnego entuzjazmu nowy członek ekipy.
- Piotrek! Co się tak wydzierasz na naszego nowego kolegę?- zapytałam uśmiechnięta.
- On nie potrafi zrobić naleśników! Mnie już ręce opadają. Może ty mu pokaż jak to ma wyglądać, bo ja już mu chyba nie pomogę…- oznajmił mi Piotr udając gest opadających rąk. – A tak w ogóle to hej.- podszedł do mnie i pocałował w policzek. Odwzajemniłam pocałunek.
- Hej. Nie słyszę w twoich słowach entuzjazmu.- Odpowiedziałam uśmiechnięta.- Ciesz się piękną, majową pogodą. – dodałam, jednak Piotr pukając się po głowie, oznajmił mi, że oszalałam.
- Hej. Ja jestem Laura. Nie przejmuj się nim. Miałam to samo.- uśmiechnęłam się do nowego kolegi i podałam mu rękę.
-Cześć. Ja jestem Michał. Starałem się, ale chyba jak zwykle mi nie wyszło…- odpowiedział wyraźnie smutny chłopak.
   Wyglądał na młodszego ode mnie, był jednak dużo wyższy. Jego ciemne oczy podkreślały czarne jak węgiel włosy, a opalona skóra idealnie się z nimi komponowała. Był dość przystojnym młodym człowiekiem.
- Pomogę ci. Pokaż to ciasto.- podał mi miskę z żółtawą substancją.- No kolego… Ciasto jest za rzadkie. Zobacz.- wzięłam trochę cieczy na wazówkę i wlałam ją z powrotem do naczynia.- Trzeba dodać trochę mąki, żeby naleśniki były trochę bardziej puszyste, a z takich właśnie słynie nasza restauracja, dodaj łyżeczkę sody. – uśmiechnęłam się do chłopaka- Jak skończysz to pokaż mi, jak to wygląda.- dodałam.
- Ok. Dzięki.- powiedział zmieszany chłopak, po czym zaczął wykonywać moje polecenia.
   Ja w tym czasie poszłam się przebrać, związać włosy i umyć ręce. Piotr zawsze powtarza, że higiena w tej branży jest najważniejsza, a ja zdecydowanie się z nim zgadzam. Pełno jest knajp, w których królują karaluchy i szczury, a szklanki czy naczynia są niedokładnie umyte. Obrzydliwość.
- I jak? Teraz ok?- zapytał, uśmiechnięty już, chłopak.
- Idealne. – sprawdziłam- Możesz dodać jeszcze ekstrakt z wanilii, żeby zamaskować cierpkość sody. Ale naprawdę odrobinę.- poradziłam chłopakowi.
- Dziękuję. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.- powiedział chłopak.
- Nie przesadzaj. To tylko naleśniki. Prawdziwy sprawdzian zacznie się w porze obiadowej. Musisz być uważny i słuchać naszych poleceń.
- Zapamiętam.- dodał chłopak i poszedł w stronę rozgrzanej patelni.
   Zza drzwi wyszedł Marek- nasz kelner.
- Witam wszystkich. I od razu- mamy już pierwsze zamówienie. Raz naleśniki z konfiturą truskawkową i raz naleśniki z kremem czekoladowym.
- Przyjęłam. Michał, możesz zacząć piec. Po dwa naleśniki na porcję.
- Zrozumiałem.
   Ja zaczęłam kroić warzywa do sałatek, które mogłam zacząć przygotowywać wcześniej.  Co chwila przychodzili kelnerzy- Marek, Karolina i Mela, i przynosili nowe zamówienia. Pora obiadowa zaczęła się jakoś około godziny 12 i wtedy zaczął się prawdziwy młyn. Jedni zamawiali zupy i sałatki, drudzy woleli zdecydowanie dania mięsne, bądź ryby. Zamówienia były bardzo zróżnicowane. I za to kocham naszą kuchnię. Każdy dobrze czuję się, w czym innym. Ja trudnię się w przygotowaniu sałatek, zup i ryb. Piotr natomiast zajmuję się przygotowaniem mięs i innych przystawek. Michał pomagał nam obojgu. Raz przecierał zupę na krem, innym razem marynował kurczaka. Dawaliśmy sobie razem świetnie radę. Nikt niczego nie przypalił, nawet Piotr za bardzo nie krzyczał na Michała. Było ok. Zbliżała się godzina 22, czyli godzina zamknięcia. Wszyscy byli wykończeni, ale też szczęśliwi. Poszłam na zaplecze przebrać się. Kiedy wróciłam do kuchni Michał czekał na mnie z kanapkami i kubkiem kawy, i oparty o blat uśmiechał się do mnie.
- Dziękuję za wszystko. Nie tylko za te naleśniki rano, ale za wszystkie rady i wskazówki w ciągu dnia. Bez ciebie dzisiejszy dzień byłby do niczego. Zauważyłem, że nie jadłaś od południa, dlatego zrobiłem ci kanapki. Mam nadzieję, że są zjadliwe. – Uśmiechnął się i podał mi pieczywo- Aa i kawa. Pewnie słaniasz się na nogach, a jeszcze musisz wrócić do domu. Proszę i dziękuję.- Wręczył kubek do ręki i obdarował szczerym uśmiechem.
- Dziękuję. Faktycznie jestem głodna jak wilk. I dzięki za kawę. Muszę nie tylko dotrzeć do domu, ale jeszcze zrobić zakupy. Miło, że pomyślałeś o mnie. A co do pracy, to bardzo dobrze mi się z tobą pracowało.- Wzięłam łyk gorącej kawy- Skąd wiedziałeś, że nie słodzę?
- Ja też nie, a zrobiłem taką samą jak sobie.- dodał chłopak.
-Strzał w dziesiątkę.- odpowiedziałam.
- Skoro wybierasz się na zakupy to może Ci potowarzyszę?- zapytał- Podźwigam ci torby. Chociaż tak się odwdzięczę.
- Oo. Dobry pomysł. Sama nigdy nie mogę się zabrać. Chodźmy.
   W czasie spaceru do najbliższego super marketu przeprowadziliśmy bardzo ciekawą konwersację. Dowiedziałam się, że Michał przyjechał do Warszawy z Olsztyna i od października ma nadzieję zacząć studia gastronomiczne. Gotowanie to jego pasja.  Opowiedział mi też trochę o swojej rodzinie, dziewczynie, która została na Mazurach i planach na przyszłość. Z miłej rozmowy wyrwał nas mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. „Masz nową wiadomość od numeru 691067231”. Nie znałam tego numeru. Kliknęłam „Odczytaj”. Treść SMS’a była dla mnie dość tajemnicza.
- Starówka. Jutro. 13:00. Do zobaczenia.
- Co?- zapytał Michał.
- Dostałam takiego SMS’a i nie wiem, od kogo.
- Może jakiś tajemniczy wielbiciel?- uśmiechnął się chłopak.
- Jasne… Powinnam iść?- zapytałam.
- A co Ci szkodzi? Poszedłbym z tobą, ale niestety mam pracę…
- No ja też mam. Jutro niedziela. Będzie największy ruch. Mam nadzieję, że Piotr mnie wypuści na jakąś godzinkę.
- Pewnie tak. Chyba damy sobie jakoś radę.
- Ale boję się trochę. Nie wiem, kto to.
- To miejsce publiczne.  Gdyby ten ktoś chciał zrobić ci coś złego, nie umawiałby się wśród ludzi.
- Masz rację. Ciekawe tylko, kto to…
- Jutro się dowiesz. Daj telefon, podam ci mój numer, żebyś w każdej chwili mogła zadzwonić.- wyciągnął rękę po aparat.
- Ok. Dziękuję.- podałam telefon i weszliśmy do sklepu.
   Po około 30 minutach wyszliśmy z budynku obładowani po pachy i poszliśmy w stronę mojego domu.  Po upływie 10 minut byliśmy już pod moją kamienicą.
- To tutaj. Dziękuję. Daj te torby, jakoś teraz już sobie poradzę.- wyciągnęłam ręce po pakunki.
- Ok. Na pewno dasz sobie radę zanieść to wszystko do mieszkania?
- Tak. Mieszkam na parterze.  Dziękuję jeszcze raz.
- No skoro tak. Ja też dziękuję. Było bardzo miło. Do jutra.
- Do jutra. Dobranoc.- Uśmiechnęłam się na pożegnanie. Odwzajemnił uśmiech.



niedziela, 12 lutego 2012

Chapter II



Siedząc nad kolejnym esejem na temat „Kraje anglojęzyczne-ich znaczenie w kulturze europejskienaj” nawet nie spostrzegłam, że ktoś usilnie próbuję się do mnie dodzwonić, kiedy mój wyciszony telefon leży sobie grzecznie w torebce. Jednak coś  mnie tchnęło i sprawdziłam połączenia. 

- No tak. Brawo. 5 połączeń nieodebranych od Mai. Ciekawe co się stało.- powiedziałam sama do siebie, wybierając numer przyjaciółki. Znałyśmy się dobre 3 lata i wiem, że, kto, jak kto, ale Maja nie dzwoni, aż 5 razy z byle powodu. Zaciekawiona i lekko poddenerwowana wsłuchiwałam się w sygnał.

- No wreszcie! Już myślałam, że UFO cię porwało! Czemu nie odbierałaś moich telefonów?- zapytała przyjaciólka z wyrzutem.
- Przepraszam, ale telefon wyciszony leżał sobie w torbie, a ja robiłam referat. Mów lepiej co się stało. Raczej nie dzwoniłaś  5 razy bez powodu!- myslałam, że ciekawość zje mnie całą.
- No słusznie myślisz. Nigdy  nie zgadniesz, kto do mnie dzisiaj dzwonił!- zapytała Maja.
- Artur sobie wreszcie o tobie przypomniał? Nie żartuj. Odpuść sobie tego pajaca.
- Pudło.-oznajmiła.
- Nie? No to nie mam pojęcia. Może twój ojciec? Ale nie.. to jest nie możliwe. To on?- zapytałam.
- Nie, to nie on. I całe szczęście.  Tego bym chyba nie zniosła. Dobra, powiem ci, bo widzę, że kiepsko ci idzie.
- No dalej mów!- powiedziałam podniecona.
- Jeremy! Dzwonił, żeby zapytać co u mnie i u ciebie oczywiście, i oznajmić, że przyjeżdza  w przyszłym tygodniu na sympozjum! No i co? Tego się nie spodziewałaś?!- wręcz wykrzyczała mi do słuchawki.

Faktycznie, tego się nie spodziewałam. Zamarłam w bezruchu i nie mogłam wydusić z siebie słowa. On? Jak to w ogóle możliwe. Nie odzywał się ponad rok, a tu nagle jeden telefon  zburzył cały mój dotychczasowy ład. Jasne, myślałam o tym dość często, w końcu obiecał mi, że jeszcze się zobaczymy, ale w przyszłym tygodniu?! Już? Zupełnie nie byłam na to przygotowana,

- Laura? Jesteś tam? Halo. Odezwij się.- z rozmyslań wyrwał mnie głos przyjaciólki.
-Tak, tak, jestem.  Zamurowało mnie.- zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć.
- On się odezwał! Tak jak obiecał! Nie cieszysz się?- Maja była wyraźnie wniebowzięta tym faktem.
- Nie wiem. Jestem w…. totalnym szoku. Minął rok. Powoli traciłam już nadzieję, a tu…BUM. Po prosto nie wiem, co powiedzieć...-byłam roztrzęsiona, a moje wypowiedzi pozbawione ładu.
- No tak, wiem.. Ale w końcu dotrzymał obietnicy. Może nie miał czasu, żeby się odezwać, przylecieć do Polski, przecież wiesz, że bronił magistra. No nie wiem.- Maja jakoś próbowała go usprawiedliwiać.
- I zostaje jeszcze jedna kwestia. Dlaczego zadzwonił do ciebie, a nie do mnie?- ze smutkiem dodałam.
- Nie wiem, może i jemu było trudno, albo wstydził się, po takim czasie się do ciebie odezwać… No nie mam pojęcia.
-Wstydził się?! Było mu trudno?! No proszę cię! To nie ja go zostawiłam i pojechałam na drugi koniec świata.  To była tylko i wyłącznie jego decyzja…- nie wytrzymałam i zaczęłam płakać.- Sama wiesz jak trudno mi było przez ten rok. I to nie tylko przez niego. Śmierć mamy, studia, praca… To wszystko spadło na mnie tak nagle..- szlochałam do słuchawki.
-Wiem… Przyjechać do ciebie?- zapytała Maja.
- Jeśli możesz.- odparłam.
- Będę za pół godziny. – zdążyła odpowiedzieć, a ja się rozłączyłam.

Była godzina 23, a ona przejedzie całą Warszawę, żeby być tu razem ze mną.” Co ja bym zrobiła bez mojej Majki. „- pomyślałam.- „Dobrze jest mieć kogoś takiego przy sobie.”

Po jakimś czasie w mieszkaniu rozległo się pukanie. Chociaż przy drzwiach był dzwonek, Majka  nigdy go nie używała. Była tradycjonalistką i nie lubiła nowości. Pamiętam, jak kiedyś próbowała namówić mnie na kołatkę zamiast dzwonka. A nakłonienie jej do kupna telefonu, było prawdziwą katorgą.  

Poszłam otworzyć drzwi.
- Przepraszam, że tak długo, ale mój rower niestety nie ma opcji „SPEED”.- powiedziała z uśmiechem, podając mi butelkę naszego ulubionego wina.- Pomyślałam, że może się przydać.- dodała.
- Dziękuję. – tylko tyle zdołałam z siebie wydusić. Uściskałam ją z całych sił i od razu zaczęłam płakać.

Maja odwajemniła uścisk i razem poszłyśmy do kuchni.  Obie wiedziałyśmy, że na chandrę najlepsza jest czekolada, tuskawki i wino. Nasz sprawdzony przepis.  W mojej kuchni nigdy nie brakuje tych składników, więc  nałożyłyśmy cząstki truskawek do pucharków i zalałyśmy to czekoladą. Chociaż pracuję w kuchni, to teraz nie chciało mi się jakoś specjalnie eksperymentować. Zabrałyśmy swoje porcje, kieliszki , butelkę z trunkiem i udałyśmy się do salonu. Usiadłyśmy na sofie i zaczęłyśmy rozmyślać.

- On powiedział, że chcę się z tobą spotkać.- w pewnej chwili powiedziała Maja.
- Co? Czemu mi tego wcześniej nie powiedziałaś?- zapytałam.
- A po co? Sam fakt, że to on dzwonił wywołał u ciebie stan przedzawałowy.
- O matko..- moje serce znów zaczęło bić szybciej.
- I co? Spotkasz się z nim?- zapytała zaciekawiona przyjaciółka, nalewając wina do kieliszków.
- Chciałabym, ale co mogłabym mu powiedzieć? Tak strasznie mi go brakuje, ale jednocześnie nie mogę mu wybaczyć tego, że mnie tu zostawił..- znowu byłam zmuszona do podjęcia decyzji. I znowu nie wiem co zrobić.- Co radzisz?
- Nie wiem.. Może po prostu nic nie rób. Sam niech się postara. A ja wcale nie będę mu tego ułatwiać. Ma do mnie zadzwonić, kiedy będzie w Polsce i chcę się umówić na kawę. Spotkamy się, ale nic mu nie powiem. Niech sam drąży. Co ty na to?- zapytała.
- Zróbmy tak. I tak nic lepszego nie wymyślę.- odparłam wypijając trunek do dna i kładąc jedną rekę do kieszeni, gdy nagle poczułam, że coś tam jest. – O cholera miałam zadzwonić!- z melancholii wyrwała mnie wizytówka znaleziona w kieszeni.
- Co to?- zaciekawiła się Maja i zabrała ode mnie kawałek papieru.- Doktor Miłosz Wałachowski? Kto to?
- Lekarz? No popatrz. Taki wykształcony, a taki niewychowany.- pomyślałam głośno.- A niee, to taki jeden facet. Chciał mnie przejechać, ale mu się nie dałam. Miałam zadzwonić dzisiaj do niego.
- Przejechać? Jak to? Dlaczego ja zawsze o niczym nie wiem?- Maja ze złością obrzuciła mnie pytaniami.
- Jakoś nie było okazji, żeby ci o tym mówić. No wjechał na przejście dla pieszych, w ostatniej chwili się odsunęłam. I miałam do niego zadzwonić wieczorem, żeby to jakoś wyjaśnić. Która godzina?- zapytałam zerkając na zegarek. Był kwadrans po północy.- Późno, ale co tam niech ma za swoje.

Wyciągnęłam z kieszeni komórkę i wybrałam numer widniejący na wizytówce.
„Lekarz… Może spieszył się tak do jakiegoś pacjenta, czy coś- w myślach próbowałam jakoś go usprawiedliwić, sama nie wiedząc dlaczego.

- Haloo..- usłyszałam w słuchawce zaspany męski głos.
- Śpi Pan? W głębi duszy miałam nadzieję, że czeka Pan na mój telefon.- Oznajmiłam zdecydowanym głosem.
- Przepraszam, ale kto mówi?- mężczyzna był znacznie zmieszany.
- Moje nazwisko niewiele Panu powie, bo nie miałam okazji się przedstawić. Jestem niedoszłą ofiarą pa ńskiej jazdy.
- Aaa to Pani. Wie Pani może, która jest godzina?- zapytał lekarz.
- Oczywiście 20 minut po północy. Obudziłam Pana? Ooo, przepraszam.- odparłam wyraźnie dumna z siebie.
- Nie, nic się nie stało. Lepiej być obudzonym w środku nocy w swoim łóżku niż w policyjnej celi.- powiedział z uśmiechem mężczyzna. Sama też się uśmiechnęłam. Nie spodziewałam się takiej reakcji z jego strony.- I co z tym zrobimy proszę Pani? Jak mogę się Pani odwdzięczyć?- zapytał mężczyzna.
- Liczę na Pana kreatywność. Niech się Pan wyśpi, żeby jutro nie spóźnić się do pracy. A ja, nie jestem żadną Panią, tylko Laurą, Miłoszu. Dobanoc.- Dodałam i rozłączyłam się.  Uśmiech mimowolnie pojawił się na mojej twarzy.