środa, 22 lutego 2012

Chapter IV



Dzisiaj, jak w każdą niedzielę, stawiłam się w „Machinie” o 8:00. Jak zawsze, najpierw powędrowałam na zaplecze przebrać się. Spotkałam tam Piotra.

- Fiu, fiu. Co za nogi…- powiedział Piotrek, zapinając fartuch i opierając się o szafkę- Nie mogę uwierzyć, że założyłaś szpilki. Stało się coś?
- Dzień dobry.- odparłam z uśmiechem- Potrzebuję  się zwolnić o 12:30 na jakieś półtorej godzinki. Co ty na to?- zrobiłam oczy jak kot ze „Shreka”.
- Laura, przecież wiesz, że dzisiaj największy ruch… Nie bardzo sam sobie poradzę z tym wszystkim.
- Nie zapominaj, dlaczego zarudniłeś Michała. Sam widziałeś, że wczoraj się sprawdził.
- Taa. Szczególnie z naleśnikami…- podsumował chłopaka mój pracodawca.
- Przestań. Później, w ciągu dnia, było już o wiele lepiej. Bardzo dobrze współpracowaliśmy. Myślę, że będzie zachwycony móc przejąć moje obowiązki na te dwie godziny. Jednocześnie to będzie taki sprawdzian dla niego…
- Dobra już. Możesz iść. Ale góra dwie godziny.- powiedział niezbyt uradowany Piotr.
- Tak jest szefie!- krzyknęłam całując go w policzek.

Przebrałam się i razem poszliśmy do kuchni. Tam czekał już na nas Michał, gawędząc z Melą.

- Siema wszystkim. Co tam?- zapytałam.
- Hej. Bardzo dobrze. Zrobiłem ciasto, tak jak mnie uczyłaś.- odpowiedział z uśmiechem Michał.
- Wspaniale.
- Dla tego kogoś się tak wystroiłaś?- wyszczerzył zęby.
- Wcale się nie wystroiłam.- odparłam.
- Widziałem jak wchodziłaś. Obcisłe spodnie, szpilki, upięte włosy. Nie poznałem cię.
- O kim wy mówicie? Dla kogo się wystroiłaś?- podchwyciła temat Mela.
- Dla nikogo. Panu od naleśników się coś ubzdurało.
- Nic mi się nie ubzdurało. Po prostu chciałbym, żeby ktoś kiedyś tak się dla mnie wystroił…- Michał zrobił rozmarzone oczy.
- Uznajmy, że to dla ciebie.- puściłam mu oko.
- Koniec pogaduszek do roboty!- zganił nas Piotr.

Widać było, że nie lubił Michała. Nie mam pojęcia, dlaczego. Przecież sam go zatrudnił przed kilkoma dniami.

Zabrałam się za przyrządzenie sałatek i marynowanie ryb i miesa. Chciałam zrobić jak najwięcej, żeby Michał miał mniej do roboty. Wiedziałam, że Piotr i tak da mu popalić. Zbliżała się 12 i zaczęłam się trochę denerwować. Mój stres i ciągłe sprawdzanie godziny zauważył Piotrek.

- Możesz już iść. Poradzimy sobie jakoś. I nie denerwuj się tak. Będzie dobrze.- puścił do mnie oko.
- Serio? Oo świetnie. Dziękuję. Michał, wiesz, co masz robić?- zwróciłam się do chłopaka krojącego paprykę w paski.
- Yyy. Niebardzo. Chyba słuchać szefa.- odparł zmieszany chłopak.
- Heh. To też. Ale musisz też upiec, bądź uspażyć ryby, wszystkie przepisy masz tutaj.- wskazałam dłonią na zeszyt przymocowany do blatu.-  I musisz zrobić zupy. Tak jak wczoraj. Z deserami sobie razem poradzicie. Wszystkie sałatki są w lodówce. To chyba wszystko.
- Na pewno.- powiedział Piotr- Poradzimy sobie. Ty lepiej już zmykaj, bo już piętnaście po.
- Ok. Dzięki. Do zobaczenia za dwie godziny.- odpowiedziałam niezbyt pewna swoich słów.
- Będzie dobrze. Jakby coś, to wiesz.- wtrącił Michał, pokazując gest słuchawki.
- Ok. Pa.- wyszłam z kuchni i pobiegłam do szatni. Założyłam szpilki i żakiet.

Pokropiłam się także moimi ulubionymi perfumami. Wychodząc przeżegnałam się, mając nadzieję, że Bóg będzie miał mnie w swojej opiece. Moje prośby zostały wysłuchane.
Z sercem na ramieniu zaczęłam się rozglądać wkoło w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Nagle rozdzwonił się mój telefon.  Odczytałam SMS’a o treści: „Za kolumną Zygmunta”. Idąc w tamtym kierunku, słyszałam jak wali mi serce. Obchodząc kolumnę dookoła zrozumiałam, że ktoś robi sobie ze mnie żarty. Odwróciłam głowę, żeby odejść , kiedy nagle, naprzeciwko siebie, zobaczyłam postać opartą o ławkę i szczerzącą zęby. Podeszłam.

- No tak. Mogłam się ciebie spodziewać.- powiedziałam bez wielkiego entuzjazmu.
- Miałem pokombinować i oto jestem.- odparł.
- No i przeszedłeś samego siebie!- wykrzyknęłam mu prosto w twarz.
- To źle? Chciałem, żebyś była zaskoczona.- Miłosz spuścił głowę.
- I jestem. Bardzo. Po prostu nie lubię, kiedy ktoś bawi się moim kosztem.- byłam zła na niego, że urządził sobie zabawę w kotka i myszkę.
- Przepraszam. To nie tak miało wyglądać. Jak zawsze wszystko spieprzyłem.- odpowiedział i wręczył mi mały bukiet moich ulubionych czerwonych tulipanów- To dla ciebie.- powiedział.
- Dziękuję.- odparłam i usiadłam na ławce.- I co? Tak będziemy tu siedzieć, czy masz jeszcze jakieś „niespodzianki”?- zapytałam.
- Przestań. Chciałem iść na obiad, ale chyba to już nieaktualne…
- Nie? Nie po to szłam tutaj w 10-centymetrowych szpilkach.- wstałam i poszłam przed siebie.
Miłosz mnie dogonił i wyciągnął rękę.
- Służę ramieniem.- uśmiechnął się do mnie chyba najpiękniej jak potrafił. Nie mogłam nie skorzystać.
- Chętnie. Widzisz jak się poświęcam?- wskazałam na buty i uśmiechnęłam się.
Nagle Miłosz podszedł i wziął mnie na ręcę. Moje sprzeciwy nie pomagały.
- Mówiłaś, że bolą Cię nogi. Teraz już za późno. Do której knajpy idziemy?- zapytał i pokazał swoje wszystkie, białe jak śnieg, zęby.
- No to może do tej, po prawo? – wskazałam na miłą restaurację, niedaleko nas.
- Załatwione.
Widziałam, jak ludzie dookoło się na nas patrzyli. Szczerze, to jakoś się tym nie przejęłam.
Miłosz postawił mnie na nogi tuż przed drzwiami restauracji.
- Jesteśmy na miejscu.- uśmiechnął się.
- Widzę. Ładne miejsce. Nie byłam tu jeszcze.
- Ja też nie.

Udaliśmy się wgłąb budynku. Usiedliśmy, a od razu przyszła do nas miła kelnerka. Podała nam Menu, a my zaczęliśmy wybierać coś dla siebie.

- Mam tylko dwie godziny. Musimy się pospieszyć. – Oznajmiłam mojemu towarzyszowi.
- I tak się cieszę. Równie dobrze mogłaś w ogóle nie przyjść, albo zostawić mnie po tej nieudanej „niespodziance”. Przepraszam.
- Rozważałam taką możliwość, ale coś jednak byłeś mi winny, a ja jestem bardzo głodna.- odpowiedziałam, puszczając mu oko.
- Heh. Laura, co zamawiasz?- zapytał, widząc zmierzającą w naszym kierunku kelnerkę.
- Ja poproszę filet z łososia pieczony z cytryną i kolendrą, i sałatkę z rukoli do tego. Proszę jeszcze wodę niegazowaną z cytryną.
- Ja poproszę kurczaka po hawajsku i sałatkę z pomidorów do tego.
- Do kurczaka po hawajsku, lepsza będzie sałatka z ananasem i selerem. Macie taką?- zapytałam kelnerkę.
- Nie mamy, czegos takiego w menu, myślę jednak, że dla państwa szef kuchni specjalnie coś takiego zrobi. Jakie jeszcze dodatki do tego?
- Roszpunka, ananas, seler i kukurydza. To wszystko z oliwą z oliwek i odrobiną jogurtu naturalnego. Co ty na to, Miłosz?
- Wspaniała. – odparł zaskoczony mężczyzna.
- A i proszę skropić sokiem z cytryny. Dziękuję, to wszystko.
-Życzy Pan sobie także coś do picia?- spytała kelnerka.
- Poproszę to samo, co dla niej.-wskazał na mnie- Dziękuję.
Kelnerka odeszła od naszego stolika i poszła w kierunku kuchni.
- Skąd się na tym znasz?- od razu zapytał Miłosz.
- To moja praca. –odpowiedziałam- To, co kocham.
- To widać. Ty mówiłaś o tym z taką pasją, z jaką nawet ja, nie opowiadam o cyklu pracy serca.
- Heh. Właśnie. Opowiedz mi coś o sobie, o swojej pracy, rodzinie i w ogóle.
- Pracuję w klinice kardiologii i zajmuję się tymi poważnymi przypadkami. W przyszłym roku czeka mnie mój pierwszy przeszczep serca i na razie się tego uczę. Po za tym, już od jakichś 3 lat pracuję w fundacji „Serce za serce” i pomagam ludziom z poważnymi wadami serce, których nie stać na pobyt w klinice.- wyrecytował jednym tchem- Jeśli chodzi o rodzinę to moi rodzice mieszkają w małej wiosce pod Poznaniem.
- Musisz mieć naprawdę ciekawą pracę. I do tego ta fundacji. Nieźle. Potrącając mnie na pasach, chciałeś zdobyć kolejnego pacjenta?- zażartowałam,ale on chyba jednak nie zrozumiał żartu.
- Przepraszam, przecież wiesz, że to nie tak miało wyglądać… Dzisiaj chciałem to wszystko naprawić,ale chyba mi nie wyszło…- mężczyzna zrozumiał moje słowa śmiertelnie poważnie.
- Żartowałam. Czy wyszło, to się okaże próbując naszych dań.- uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że choć trochę rozweselę Miłosza. W naszą stronę zmierzała kelnerka.
- Szef kuchni prosi Panią do siebie.- powiedziała kobieta.
- Słucham?- zapytałam. Byłam zszokowana.
- Szef kuchni prosi Panią do siebie.- powtórzyła słowo w słowo.
- Ale w jakiej sprawie? Coś nie tak?-spytałam.
- Proszę za mną. – powiedziała.
Zrobiłam pytającą minę w stronę Miłosza. Odwzajemnił się tym samym. Śledząc kobietę próbowałam jeszcze dowiedzieć się, o co chodzi jednak nie chciała nic powiedzieć.
- Witam Panią!- w progu przywitał mnie starszy mężczyzna, który najprawdopodobniej był szefem kuchni.
- Dzień dobry. Stało się coś? Coś nie tak?- zapytałam.
- Wręcz przeciwnie. To co Pani zamówiła, jest po prostu… po prostu… wspaniałe! Dawno nie spotkałem kogoś z tak dobrym gustem.
- Tak, więc nadal chyba nie wiem, o co chodzi.- odparłam zmieszana.
- No tak. Od dawna szukam kogoś na moje miejsce. Najwyższa pora na emeryturę, a ja nadal nie mam nikogo, komu mógłbym powierzyć kuchnię i swoje przepisy. A teraz mam wrażenie, że kogoś takiego znalazłem! Pani jest dla mnie jak objawienie! Płomyczek nadziei, posród mroku!- mężczyzna ciągnąłby dalej, gdybym mu nie przerwała.
- Ale ja tylko zamówiłam sałatkę. Nie może Pan, po tym ocenić moich umiejętności.
- Ja wiem , że byłaby Pani na właściwym miejscu. Jeżeli Pani chce, to ja mogę podpisać umowę nawet teraz!- wykrzyczał mi w twarz.
- Nie!- krzyknęłam od razu- To znaczy, ja pracuję, nie mogłabym, tak ot, rzucić pracy. Mam zobowiązania.- powiedziałam zdeorientowana całą sytuacją.
- Ja Panią doskonale rozumiem. Jeśli jednak się Pani zdecyduje, to mój numer.- podał mi kartkę- proszę się odezwać. Zaczekam, ile będzie trzeba. A teraz proszę już iść. Sałatka i ryba już na Panią czekają. Do zobaczenia.- to ostatnie zdanie powiedział tak, jakby był tego pewien. Może miał rację…
Wyszłam z kuchni i poszłam w kierunku naszego stolika.
- Stało się coś? Jesteś taka blada.- zapytał zmartwiony Milosz.
- Właśnie dostałam propozycję pracy.- odpowiedziałam siadając i biorąc łyk orzeźwiającej wody.
- Co?- zasmiał się mężczyzna.
- No ja też jestem w szoku.- spojrzałam na zegarek- Została godzina. Jedzmy.- siegnęłam po widelec i spróbowałam sałatki Miłosza- Faktycznie dobra.- uśmiechnęłam się do siebie.
- To dzięki niej?- zapytał.
- No tak podobno jest „ po prostu…wspaniała!”- zaśmiałam się.

Zaczęliśmy jeść. W międzyczasie rozmawialiśmy o pasjach, mojej pracy i studiach. Nim się spostrzegliśmy musieliśmy już wychodzić.

- Chyba muszę już iść. Muszę jeszcze dotrzeć do mojej restauracji.
- Nie ma problemu. Zawiozę cię. Gdzie to jest?-zapytał.
- Niedaleko, w centrum. Pokaże ci.- odpowiedziałam.
Poszliśmy w stronę jego samochodu i wsiedliśmy. Podwiózł mnie pod samą restaurację.
- Było bardzo miło. Dziękuję.- powiedziałam.
- Zadzwoń do niego.- rzekł.
- Do kogo?
- No do tego szefa kuchni. Chcesz do końca życia pracować tutaj?- zapytał wskazując na budynek.
- Mam tutaj przyjaciół, pracuję tu od dwóch lat… Dobrze mi tutaj.- powiedziałam z sentymentem w głosie.
- Zrobisz, jak będziesz chciała, ale to twoja życiowa szansa. Nie zmarnuj jej.
Wiedziałam, że mówił szczerze. W zasadzie, po co miałby kłamać. „Laura, czeka cie kolejna trudna decyzja”- pomyslałam.
- Ja też się świetnie bawiłem. Dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że chociaż trochę się zrehabilitowałem.- uśmiechnął się do mnie zawadiacko.
- Troszkę. Tak tyci- tyci.- palcami pokazałam odrobinę.
-  Mam nadzieję, że będę miał okazję zrekompensować się jeszcze wiele razy.- oznajmił Miłosz.
- Zobaczymy, jak będziesz kombinował.- uśmiechnęłam się.- Do zobaczenia.
- Pa.- cmoknął mnie w policzek.
-Pa.- pocałowałam go w drugi.
- Spotkajmy się jutro.- powiedział i pocałował mnie w usta.
- A więc do jutra. – wyrwałam się i weszłam do środka.Widziałam jak odjeżdzał.
Poszłam szybko do szatni się przebrać i pobiegłam do kuchni. Przywitałam wszystkich krótkim „Hej”.
- Hej! Mniemam, że było ok, skoro nie dzwoniłaś, hm?- zapytał Miłosz.
- Tak, tak ok.- odparłam od niechcenia. Czułam, że policzki mnie palą, więc odwróciłam się i wyjęłam mięso z lodówki. Zaczęłam przygotowywać pieczeń rzymską i już do 22, do nikogo się nie odzywałam. Po prostu umyłam ręce, przebrałam się i wyszłam.
- Stało się coś?- zza drzwi wyszedł Michał i zauważył moją wystraszoną minę.- Przepraszam. Nie chciałem Cię przestraszyć.
- Nic się nie stało. Wszystko ok. Po prostu jestem zmęczona.
- Kim był ten facet?- zapytał bez ogródek.
- Kolegą. – odpowiedziałam.
- Od kiedy to całujesz się z kolegami?- zapytał pewien siebie.
- Skąd wiesz? Poza tym to chyba moja sprawa z kim się całuję, prawda?- odparła wkurzona, że ktoś wtyka nos w moje sprawy.
- Prawda. Przepraszam.- odpowiedział zmieszany moją reakcją.
- Dostałam propozycję pracy.
Nie wytrzymałam. Musiałam komuś powiedzieć. Opowiedziałam mu o wszystkim i nim się zorientowałam byliśmy pod moją kamienicą.
-Dobranoc.- pocałował mnie w policzek i odszedł.- Przemyśl to wszystko. To dla ciebie szansa.
- Dobranoc.- odpowiedziałam i udałam się w stronę wejścia. Niebo było ciemne, a gwiazdy i księżyc pięknie podkreślały urok majowej nocy.” Kolejny wiosenny dzień za mną”- pomyslałam i weszłam o budynku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz