środa, 22 lutego 2012

Chapter III



    Ciepłe promienie słońca wdarły się do pokoju budząc mnie przed dźwiękiem budzika. Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze 10 minut, żeby rozkoszować się ciepłem mojego łóżka. „ No, Laura. Czas stawić czoło kolejnemu dniu”- powiedziałam do siebie w myślach. Sięgnęłam po moją mp3 i włączyłam „Time of dying”- Three Days Grace. To jeden z takich kawałków, które potrafią zebrać mnie do kupy i zmotywować do działania. Leżąc tak ze słuchawkami w uszach doszłam do wniosku, że nie będę się przejmować Jeremy’m.  Skoro on nie przejmował się mną przez cały ten czas, dlaczego niby ja teraz miałabym przejmować się nim? Ta myśl zdecydowanie pozwoliła mi cieszyć się słońcem, ciepłem łóżka i ukochaną piosenką w uszach. Nim zadzwonił budzik, wstałam i poszłam do łazienki wykonać poranną toaletę.  Wzięłam szybki prysznic i zrobiłam delikatny makijaż. Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej biała sukienkę i błękitny, pastelowy sweterek. W między czasie wstawiłam wodę włożyłam chleb do tostera. Ubrałam się, a na stopy nałożyłam pudrowe baleriny. Do tego dobrałam perłowe kolczyki i słomianą, maleńką listonoszkę. Gwizdek oznajmił mi, że woda na kawę jest już gotowa, więc pobiegłam do kuchni. Do kubka wsypałam dwie łyżeczki rozpuszczalnej kawy i zalałam to wrzątkiem. Wyjęłam z lodówki dżem truskawkowy i posmarowałam nim tosty. Chciałam zrobić także kanapki do pracy, ale przypomniałam sobie, że w restauracji są one zupełnie niepotrzebne. Po skończonym posiłku naczynia włożyłam do zlewu, a sama zebrałam swoje rzeczy i wyszłam z mieszkania. „To chyba będzie dobry dzień”- uśmiechnęłam się do siebie.

   O 8: 00 byłam już na miejscu. Miła, mała knajpka, w której znalazłam swoje powołanie i przyjaciół. Bo chociaż na początku studiów była to dla mnie praca, czysto zarobkowa to teraz nie wyobrażam sobie życia bez zapachu smażonych naleśników i kremu czekoladowego. Jest to specjał naszej kuchni śniadaniowej. Robimy zdecydowanie najlepsze naleśniki w mieście. Przynajmniej w Centrum.
   Gdy tylko weszłam usłyszałam donośny, męski głos dochodzący z kuchni. „Piotr”- pomyślałam.  Z pewnością opieprzał nowego pomocnika. Na początku i ja dostawałam opieprz od szefa, lecz z biegiem czasu jego wskazówki okazywały się bardzo pomocne i przydatne, a my okazywaliśmy się zgraną parą w kuchni. Teraz rozumiemy się bez słów.
   Okazało się, że nie pomyliłam się ani trochę. Nowy pracownik, z którym nie zdążyłam się jeszcze poznać, stał ze zwieszoną nisko głową, a Piotr darł się na niego ile wlezie.
- To są naleśniki?! Od kiedy naleśniki mają konsystencję wody?! Więcej mąki człowieku! Chcesz być dobrym kucharzem, a nie potrafisz zrobić naleśników?! Boże.. Widzisz, a nie grzmisz.-  wyrecytował jednym tchem Piotr wyraźnie poirytowany.
- Tak jest szefie.- dodał bez żadnego entuzjazmu nowy członek ekipy.
- Piotrek! Co się tak wydzierasz na naszego nowego kolegę?- zapytałam uśmiechnięta.
- On nie potrafi zrobić naleśników! Mnie już ręce opadają. Może ty mu pokaż jak to ma wyglądać, bo ja już mu chyba nie pomogę…- oznajmił mi Piotr udając gest opadających rąk. – A tak w ogóle to hej.- podszedł do mnie i pocałował w policzek. Odwzajemniłam pocałunek.
- Hej. Nie słyszę w twoich słowach entuzjazmu.- Odpowiedziałam uśmiechnięta.- Ciesz się piękną, majową pogodą. – dodałam, jednak Piotr pukając się po głowie, oznajmił mi, że oszalałam.
- Hej. Ja jestem Laura. Nie przejmuj się nim. Miałam to samo.- uśmiechnęłam się do nowego kolegi i podałam mu rękę.
-Cześć. Ja jestem Michał. Starałem się, ale chyba jak zwykle mi nie wyszło…- odpowiedział wyraźnie smutny chłopak.
   Wyglądał na młodszego ode mnie, był jednak dużo wyższy. Jego ciemne oczy podkreślały czarne jak węgiel włosy, a opalona skóra idealnie się z nimi komponowała. Był dość przystojnym młodym człowiekiem.
- Pomogę ci. Pokaż to ciasto.- podał mi miskę z żółtawą substancją.- No kolego… Ciasto jest za rzadkie. Zobacz.- wzięłam trochę cieczy na wazówkę i wlałam ją z powrotem do naczynia.- Trzeba dodać trochę mąki, żeby naleśniki były trochę bardziej puszyste, a z takich właśnie słynie nasza restauracja, dodaj łyżeczkę sody. – uśmiechnęłam się do chłopaka- Jak skończysz to pokaż mi, jak to wygląda.- dodałam.
- Ok. Dzięki.- powiedział zmieszany chłopak, po czym zaczął wykonywać moje polecenia.
   Ja w tym czasie poszłam się przebrać, związać włosy i umyć ręce. Piotr zawsze powtarza, że higiena w tej branży jest najważniejsza, a ja zdecydowanie się z nim zgadzam. Pełno jest knajp, w których królują karaluchy i szczury, a szklanki czy naczynia są niedokładnie umyte. Obrzydliwość.
- I jak? Teraz ok?- zapytał, uśmiechnięty już, chłopak.
- Idealne. – sprawdziłam- Możesz dodać jeszcze ekstrakt z wanilii, żeby zamaskować cierpkość sody. Ale naprawdę odrobinę.- poradziłam chłopakowi.
- Dziękuję. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.- powiedział chłopak.
- Nie przesadzaj. To tylko naleśniki. Prawdziwy sprawdzian zacznie się w porze obiadowej. Musisz być uważny i słuchać naszych poleceń.
- Zapamiętam.- dodał chłopak i poszedł w stronę rozgrzanej patelni.
   Zza drzwi wyszedł Marek- nasz kelner.
- Witam wszystkich. I od razu- mamy już pierwsze zamówienie. Raz naleśniki z konfiturą truskawkową i raz naleśniki z kremem czekoladowym.
- Przyjęłam. Michał, możesz zacząć piec. Po dwa naleśniki na porcję.
- Zrozumiałem.
   Ja zaczęłam kroić warzywa do sałatek, które mogłam zacząć przygotowywać wcześniej.  Co chwila przychodzili kelnerzy- Marek, Karolina i Mela, i przynosili nowe zamówienia. Pora obiadowa zaczęła się jakoś około godziny 12 i wtedy zaczął się prawdziwy młyn. Jedni zamawiali zupy i sałatki, drudzy woleli zdecydowanie dania mięsne, bądź ryby. Zamówienia były bardzo zróżnicowane. I za to kocham naszą kuchnię. Każdy dobrze czuję się, w czym innym. Ja trudnię się w przygotowaniu sałatek, zup i ryb. Piotr natomiast zajmuję się przygotowaniem mięs i innych przystawek. Michał pomagał nam obojgu. Raz przecierał zupę na krem, innym razem marynował kurczaka. Dawaliśmy sobie razem świetnie radę. Nikt niczego nie przypalił, nawet Piotr za bardzo nie krzyczał na Michała. Było ok. Zbliżała się godzina 22, czyli godzina zamknięcia. Wszyscy byli wykończeni, ale też szczęśliwi. Poszłam na zaplecze przebrać się. Kiedy wróciłam do kuchni Michał czekał na mnie z kanapkami i kubkiem kawy, i oparty o blat uśmiechał się do mnie.
- Dziękuję za wszystko. Nie tylko za te naleśniki rano, ale za wszystkie rady i wskazówki w ciągu dnia. Bez ciebie dzisiejszy dzień byłby do niczego. Zauważyłem, że nie jadłaś od południa, dlatego zrobiłem ci kanapki. Mam nadzieję, że są zjadliwe. – Uśmiechnął się i podał mi pieczywo- Aa i kawa. Pewnie słaniasz się na nogach, a jeszcze musisz wrócić do domu. Proszę i dziękuję.- Wręczył kubek do ręki i obdarował szczerym uśmiechem.
- Dziękuję. Faktycznie jestem głodna jak wilk. I dzięki za kawę. Muszę nie tylko dotrzeć do domu, ale jeszcze zrobić zakupy. Miło, że pomyślałeś o mnie. A co do pracy, to bardzo dobrze mi się z tobą pracowało.- Wzięłam łyk gorącej kawy- Skąd wiedziałeś, że nie słodzę?
- Ja też nie, a zrobiłem taką samą jak sobie.- dodał chłopak.
-Strzał w dziesiątkę.- odpowiedziałam.
- Skoro wybierasz się na zakupy to może Ci potowarzyszę?- zapytał- Podźwigam ci torby. Chociaż tak się odwdzięczę.
- Oo. Dobry pomysł. Sama nigdy nie mogę się zabrać. Chodźmy.
   W czasie spaceru do najbliższego super marketu przeprowadziliśmy bardzo ciekawą konwersację. Dowiedziałam się, że Michał przyjechał do Warszawy z Olsztyna i od października ma nadzieję zacząć studia gastronomiczne. Gotowanie to jego pasja.  Opowiedział mi też trochę o swojej rodzinie, dziewczynie, która została na Mazurach i planach na przyszłość. Z miłej rozmowy wyrwał nas mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. „Masz nową wiadomość od numeru 691067231”. Nie znałam tego numeru. Kliknęłam „Odczytaj”. Treść SMS’a była dla mnie dość tajemnicza.
- Starówka. Jutro. 13:00. Do zobaczenia.
- Co?- zapytał Michał.
- Dostałam takiego SMS’a i nie wiem, od kogo.
- Może jakiś tajemniczy wielbiciel?- uśmiechnął się chłopak.
- Jasne… Powinnam iść?- zapytałam.
- A co Ci szkodzi? Poszedłbym z tobą, ale niestety mam pracę…
- No ja też mam. Jutro niedziela. Będzie największy ruch. Mam nadzieję, że Piotr mnie wypuści na jakąś godzinkę.
- Pewnie tak. Chyba damy sobie jakoś radę.
- Ale boję się trochę. Nie wiem, kto to.
- To miejsce publiczne.  Gdyby ten ktoś chciał zrobić ci coś złego, nie umawiałby się wśród ludzi.
- Masz rację. Ciekawe tylko, kto to…
- Jutro się dowiesz. Daj telefon, podam ci mój numer, żebyś w każdej chwili mogła zadzwonić.- wyciągnął rękę po aparat.
- Ok. Dziękuję.- podałam telefon i weszliśmy do sklepu.
   Po około 30 minutach wyszliśmy z budynku obładowani po pachy i poszliśmy w stronę mojego domu.  Po upływie 10 minut byliśmy już pod moją kamienicą.
- To tutaj. Dziękuję. Daj te torby, jakoś teraz już sobie poradzę.- wyciągnęłam ręce po pakunki.
- Ok. Na pewno dasz sobie radę zanieść to wszystko do mieszkania?
- Tak. Mieszkam na parterze.  Dziękuję jeszcze raz.
- No skoro tak. Ja też dziękuję. Było bardzo miło. Do jutra.
- Do jutra. Dobranoc.- Uśmiechnęłam się na pożegnanie. Odwzajemnił uśmiech.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz