czwartek, 23 lutego 2012

Chapter V



-Jak ja nie cierpię poniedziałków…- powiedziałam sama do siebie.
Faktycznie, nienawidziłam ich mimo tego, że mogłam dłużej pospać. Zajęcia zaczynały się o 9:30, więc  miałam dodatkowe półtorej godziny.  Pomimo to, obudziłam się o 7:30 i nie mogłam zasnąć. Postanowiłam wstać i wyjść po świeże pieczywo. Opuściłam ciepłe łóżko i udałam się do łazienki. Przemyłam twarz zimną wodą i umyłam zęby. Zrezygnowałam z makijażu. Nigdy nie czułam się dobrze w tych wszystkich fluidach i pudrach. To zdecydowanie nie dla mnie. Stawiam na naturalność. Udałam się do szafy, wyjęłam z niej czarne legginsy i kwiecistą tunikę. Na stopy włożyłam czerwone baletki, a z wieszaka zdjęłam mój ulubiony, wielki koszyk. Zabrałam telefon,portfel i mp3. Włączyłam piosenkę Coldplay- Charlie Brown, która zawsze wprawia mnie w dobry nastrój i wyszłam.
Na ulicy, mimo tej godziny, nie było zbyt dużego ruchu. Spotkałam tylko paru rowerzystów i pieszych. Słońce przyjemnie ogrzewało moją twarz. Spojrzałam na zegarek. Punkt ósma. Uznałam, że mam jeszcze trochę czasu i usiadłam na ławce.
 „Taki piękny dzień. Moje problemy nie mogą popsuć mi humoru. Za kilka dni przyjeżdza Jeremy. Ciekawe jak to będzie… Mam się z nim spotkać? I co mu powiem?”- myślałam wygrzewając się na słońcu i wyginając głowę do tyłu.
„A to wczoraj z Miłoszem to nie wiem, co to miało być… Przecież widzieliśmy się dwa razy w życiu… Bardzo go lubię i w ogóle, ale nie wiem… O matko. Ja nigdy nic nie wiem. Nienawidzę się za to.  Mam nadzieję, że dzisiaj nie posunie się dalej niż wczoraj.  Podoba mi się. Nawet bardzo. Zresztą komu mógłby się nie podobać. Wysoki, młody, przystojny brunet, z pięknymi, zielonymi oczami i zniewalającym uśmiechem. Czego można chcieć więcej? Chyba tego, że nie jest Jeremy’m… Wszystkich facetów porównuje do niego. Chyba coś jest ze mną nie tak…”- otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leżałam tak ponad pół godziny.
Przetarłam oczy i wstałam. Zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę piekarni. Kupiłam 4 świeże bułki i 2 ciastka francuskie. Zdecydowałam się kupić także kawę. Zamówiłam sobie gorące expresso i wyszłam ze sklepu. Miałam jeszcze pół godziny do wyjścia, więc szybkim krokiem poszłam w stronę miejsca mojego zamieszkania. Koło kamienicy spotkałam Maję. Całkiem zapomniałam, że miałyśmy razem iść na zajęcia.
- Przepraszam. Zapomniałam.- powiedziałam ze skruchą do koleżanki.
- Spoko. Nie czekam długo. Idź się zbieraj, bo nie mamy zbyt wiele czasu.- opowiedziała.
 
Weszłam do budynku i pobiegłam do mieszkania. Zabrałam tylko zeszyty, a usta przejechałam błyszczykiem. Byłam gotowa.
- Ok. Możemy iść.- krzyknęłam do przyjaciółki.
- Witam.- usłyszałam męski głos.
- Cześć Miłosz, co ty tu robisz?- zapytałam zszokowana.
- Heh. Tak mnie witasz? Nieładnie.- zażartował mężczyzna- Mówiłaś wczoraj, że idziesz dziś na zajęcia, więc pomyślałem, że przyda ci się podwózka.- uśmiechnął się zawadiacko.
- Myrhry- Maja udawała, że się dusi. Myślałam, że padnę ze śmiechu.
- Heh, no tak. Zapomniałam was przedstawić. To Maja, a to Miłosz.- wskazałam najpierw na dziewczynę, później na mężczyznę.
- Bardzo mi miło.- odparła, wyraźnie zauroczona Miłoszem, Maja.
- Mnie też.- Uśmiechnął się Miłosz.- Mamy 15 minut. Musimy się zbierać. Jedziesz z nami?- zapytał mojej przyjaciółki.
- Bardzo chętnie, ale mam rower.- odparła Maja.- Miło było cię poznać. Do zobaczenia.- odpowiedziała dzieczyna i zaczęła wbijać mi swój łokieć w bok.
- Widzimy się na uczelni, Maja.- powiedziałam i uwolniłam się, nie mogąc opanować śmiechu.
- Tak, tak. Pa.- puściła mi oko.
- Idziemy? Zaparkowałem tam.- wskazał ręką na swój srebrny samochód.
- Okej.- uśmiechnęłam się do niego.- Miło, że przyjechałeś.- odwzajemnił uśmiech.
Wsiedliśmy do samochodu.
- Fajna ta twoja przyjaciółka.- zagadał mężczyzna.
- No tak. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła. – odpowiedziałam.
- Dobrze mieć kogoś takiego przy sobie. – odparł bez wyraźnego entuzjazmu w głosie.
- Coś nie tak?- zapytałam zaniepokojona.
- Nie, wszystko ok. – zrobił udawany uśmiech.- Kiedyś może o tym pogadamy.
- Dobrze. Jesteśmy już na miejscu.- powiedziałam.
- Rzeczywiście.- wysiadł z samochodu i otworzył mi drzwi.
- Dziękuję. – uśmiechnęłam się.
- Nie ma za co. Kiedy widzimy się znowu?- zrobił maślane oczy.
- Aa nie wiem. Zadzwoń wieczorem.- ucałowałam go w policzek.
- Nie odczułem w tym pocałunku ani trochę entuzjazmu.- uśmiechnął się zawadiacko- To powinno wyglądać tak.- pocałował mnie soczyście w policzek.- Ooo tak.- wyszczerzył zęby dumny ze swojego dzieła.
-  Do usłyszenia. Miłego dnia. – uśmiechnęłam się i odeszłam. Miłosz jednak złapał mnie za rękę, przysunął do siebie i objął wpół.
- Teraz na pewno będzie miły. –miałam wrażenie, że wiedział jak działa na mnie jego uśmiech.
- Muszę już iść, bo się spóźnię.
- Oj, tylko 5 minut… Nic się nie stanie.
- Stanie się. Niedługo się zobaczymy. Pa.- uśmiechnęłam się i odeszłam. Odwróciłam się i pomachałam do niego.
- Zadzwonie wieczorem!- krzyknął i odmachał mi serdecznie.
Było mi bardzo miło,chociaż ani trochę nie przypominał Jeremy’ego, tego wysokiego, postawnego chłopaka z burzą kręconych włosów. W niczym nie był do niego podobny. Może i lepiej.
- No, no, no.- w holu uczelni czekała na mnie Maja- Kto to był? I czemu nic mi nie powiedziałaś?
- Pamiętasz tego lekarza, do którego dzwoniłam ostatnio?- uśmiechnęłam się.
- To on?! Nie gadaj! Wyobrażałam sobie jakiegoś starszego faceta… A tu proszę bardzo…- dziewczyna była w szoku.- Jeśli nie jesteś jakoś szczególnie nim zainteresowana to wiesz…- wyszczerzyła zęby.
- Jasne, jasne. – ruszyłam przed siebie- Przez ciebie będę miała siniaka na prawym boku!- pokazałam bolącą część ciała.
- Przepraszam, ale musiałam jakoś wyładować emocje. Nie codziennie spotyka się takiego faceta.- uśmiechnęła się.- Jesteście razem?
- Nie! To znaczy nie. Jest bardzo miły i w ogóle, ale nie.- gubiłam się w zeznaniach.
- Jak to nie? Przecież on jest wpatrzony w ciebie jak w obrazek dziewczyno! Wykorzystaj to jakoś.- zaczęłyśmy się śmiać.
- Mam go związać, zasłonić oczy i zgwałcić?- zapytałam ledwo łapiąc oddech.
- Interesująca propozycja.- Maja puściła mi oko.
W bardzo dobrych humorach udałyśmy się na salę. Podczas zajęć zaczęłam jej tłumaczyć sprawę z propozycją posady, jednak postanowiłyśmy dokończyć naszą rozmowę wieczorem.  Chciałyśmy zjeść pyszną kolację, pogadać i obejrzeć wszystkie horrory, jakich jeszcze nie widziałyśmy. Umówiłyśmy się na 20.
Uczelnię, w szampańskich nastrojach, opuściłyśmy ok. godziny 14. Maja wsiadła na swój rower i pojechała do swojej pracy. Ja miałam całe 6 godzin dla siebie i postanowiłam odwiedzić tatę i doradzić się w sprawie pracy. Ojciec mieszkał w małej wiosce pod Warszawą. Po śmierci mamy, został z nim mój brat, który razem ze swoją żoną  Anką i małym Adasiem, przeprowadzili się do niego z Wołomina. Marek zawsze miał świetny kontakt z tatą i nie wyobrażał sobie zostawić go samego, a rodzice mieli duży dom, więc nie było żadnego problemu z ich zamieszkaniem tam. Cieszyłam się na spotkanie z nimi. Pospiesznie wybrałam numer Marka. Po kilku sygnałam usłyszałam głos w słuchawce.
- Slucham?- rozbrzmiał głosik maleńkiego chłopca.
- Cześć Adasiu. Tatuś jest gdzieś niedaleko?- zapytałam z czułością.
- Ciocia!- zdążyłam usłyszeć tylko tyle- Cześć siostra! Co się stało, że dzwonisz?- odezwał się mój brat.
- A to musi się coś dziać?- zapytałam- Chciałabym was dzisiaj odwiedzić. Jesteście w domu?
- Pewnie! Zaraz powiem tacie. Na pewno bardzo się ucieszy.Wyjechać po ciebie na dworzec?- wyrecytował jednym tchem.
- Byłoby świetnie. Na miejscu będą za jakąś godzinę.Biegnę na autobus. Do zobaczenia.- pożegnałam się z bratem.
- Pa.
Wsiadłam w nabliższy tramwaj, który jechał w stronę dworca autobusowego. Gdy wysiadłam postanowiłam kupić jeszcze jakieś słodycze dla małego i bliskich, i poszłam poczekać na autobus. Planowo powinien przyjechać za 5 minut na stanowisko 3. W rzeczywistości czekałam 10 minut dłużej, ale w końcu się doczekałam. Kupiłam bilet studencki i usiadłam na najbliższym siedzeniu. Włączyłam muzykę i odpływałam przy muzyce 30 seconds to Mars. Nim się spostrzegłam, byłam już na miejscu, a na ławce siedział mój brat z synem. Uśmiechnęłam się na ich widok.
- Heej!- Krzyknęłam w ich stronę i ucałowałam Marka.
- Cześć ciociu. To dla ciebie!- Adaś stał uśmiechni ęty i wręczył mi bukiecik polnych kwiatów- Cały dzień zbierałem!- podniosłam go na ręcę i wyściskałam.
- Doceniam to. Dziękuję ci bardzo. Jak ty wyrosłeś! Niedługo będziesz taki jak tata, prawda?- uśmiechnęłam się do niego.
- Mama też tak mówi.- spojrzał w stronę taty.
- Chodźcie! Jedziemy do domu.- zarządził Marek- Ania pewnie czeka na nas z obiadem.
Poszliśmy w stronę wielkiego, terenowego auta i wsiedliśmy do niego. Droga do domu trwała jakieś 5 minut. W końcu byliśmy na miejscu. Mój uśmiechnięty ojciec siedział spokojnie w fotelu na werandzie, kiedy jednak zobaczył samochód poderwał się do góry. Wstał i próbował za pomocą laski zejść po schodach. Widząc, jak wielki to dla niego wysiłek, pobiegłam tak szybko jak mogłam.
- Tatku! I po co się tak zrywasz? Przecież już do ciebie biegnę.- podeszłam do niego i uściskałam go z całych sił.
- Moja kochana córcia, wreszcie odwiedziła starego ojca! – zażartował tata- Chodźmy do domu. Ania zrobiła mizerię na obiad.- powiedział próbując dżwigać się na nogach i podnieść do góry.
-Chodź tato, pomogę ci.- przyszedł Marek i pomógł mu wejść do domu.
Wchodząc do korytarza poczułam ten charakterystyczny zapach cytryn i palonego drewna. Rodzice zawsze wieczorem palili w kominku i teraz Marek i Ania przejęli tę tradycję. Uwielbiałam  ten aromat unoszący się w powietrzu.
- Hej bratowa!- podeszłam do Ani i uściskałam ją serdecznie- Słyszałam, że zrobiłaś mizerię. Załapię się na trochę?
- Hej. Oczywiście. Obiadu wystarczy dla każdego. Proszę umyć ręcę i siadamy do stołu!- odwzajemniła uścisk i  udała się do kuchni. Wszyscy pozostali poszli do łazienki, wykonać polecenie pani domu.
Posiłek był przepyszny. Ania była świetną kucharką, wspaniałą żoną i matką. Mój brat nie mógł trafić lepiej. Znali się od technikum, więc jest to typowy przykład szkolnej miłości. Pamiętam jak w nocy wymykał się z domu, żeby się z nią spotkać, a mnie przekupywał cukierkami. 10 lat różnicy między nami nie było dla nas żadnym problemem. Zawsze świetnie się dogadywaliśmy. Teraz, kiedy ma swoją rodzinę, nie często się widzimy, więc tym bardziej cieszyłam się na to spotkanie.
Po obiedzie, kiedy Adaś bawił się na podwórki, a my siedzieliśmy na werandzie i piliśmy kompot postanowiłam z nimi porozmawiać.
- Muszę z wami pogadać.- powiedziałam nieśmiało.
- Wiedziałem, że nie przyjechałaś bez powodu!- krzyknął mój brat triumfalnie- To coś powazniego?- dodał szturni ęty przez żonę.
- Raczej tak… W zasadzie to nawet dobra wieść.- odpowiedziałam.
- Wychodzisz za mąż?!- zapytał Marek.
- Coś ty!- odparłam- Dostałam propozycję pracy w dość dobrej restauracji. Praktycznie dostałam propozycję przejęcia całej restauracji.
- Coo?- zapytał tata- Jak to?
- No ja też nie wiem. Szef kuchni uznał, że byłabym świetną osobą na to stanowisko i, że mam wspaniały gust, jeżeli chodzi o potrawy.
- No to nad czym się tu zastanawiać? Brać i już!- powiedział tata bez ogródek.
- Też tak myśle.- dodał Marek- To chyba dla ciebie szansa.
- No tak. I to wielka. Ale w „Machinie” pracuję już od dwóch lat, mam tam przyjaciół i w ogóle…
- A do kiedy masz zdecydować?- zapytała Ania.
- Facet powiedział, że poczeka, ile będzie trzeba.- odpowiedziałam.
- No to chyba jakiś anioł!- krzyknął tata.
- A może on ma jakieś problemy z tą restauracją i chce ją jak najszybciej komuś oddać?- Marek wyczł jakiś podstęp.
- Też o tym myślałam… Nie wiem już co mam robić…- odpowiedziałam.
-Córcia, sama musisz podjąć decyzję. My ci w tym nie pomożemy.
- Wiem o tym, wiem…
W międzyczasie przybiegł Adaś.
- Ciociu, ciociu! Pobawisz się ze mną?!- zapytał rozradowany malec robiąc maślane oczka. Nie mogła  odmówić.
- Ciocia na pewno jest zmęczona. Daj jej odpocząć.- powiedziała do małego jego mama.
- Chętnie pójdę.- uśmiechnęłam się do malca i jego mamy- Ja mam dla was coś jeszcze.- wyjęłam z koszyka czekoladki i cukierki, i wręczyłam je wszystkim. Adaś od razu zjadł połowę.
- Idziemy?- zapytałam go.
Tak upłynęło całe popołudnie. Nadszedł czas odjazdu. Pożegnałam się z bliskimi, a brat odwiózł mnie  na przystanek.
- Słuchaj swojego serca. Ono ci zawsze słusznie podpowie.- powiedział do mnie Marek patrząc mi prosto w oczy.
- Trudno go słuchać, kiedy jest złamane…- odparłam zwiesiwszy głowę.
- Ten Australijczyk Jeremy? Cały czas o nim myślisz. Przecież wiesz, że to ostatni dupek…- brat próbował mnie pocieszyć- Nie przejmuj się nim. Nie warto.
-On... przyjeżdza za parę dni… Dzwonił do Mai.-
- Że niby po co? Nagle sobie o tobie przypomniał!?- Marek wyraźnie się zdenerwował.
- Ma jakieś interesy w Warszawie, czy coś. Zresztą… Gówno mnie to obchodzi. Mam teraz ważniejsze sprawy.- próbowałam się uśmiechnąć, ale na nic się to zdało. Mój autobus właśnie przyjechał.
- Uważaj na siebie w tej stolicy. Trzymaj się. I wiesz co? Weź tę restaurację. Lepiej żałować, że się…
- Wiem. – usmiechnęłam się- Dzięki. Pa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz