Jakaś para właśnie weszła do restauracji i usiadła zaraz
obok mnie. Zrobiło mi się bardzo smutno, kiedy patrzyłam na spoglądających na
siebie z miłością ludzi nie wiele starszych ode mnie. W sumie sama mogłabym
siedzieć tu tak jak oni, gdybym tylko chciała. Szczerze, to chciałam i to
bardzo, jednak nie pozwalała mi na to moja cholerna duma. Szkoda, bo mogło być
tak pięknie. Musiałam skończyć swoje rozmyślania, bo właśnie ku mojemu
stolikowi zmierzał jakiś mężczyzna w wieku ok. 40 lat. I zdecydowanie nie był to
ten szef kuchni, którego spotkałam wcześniej. Zaczęłam się trochę denerwować,
że będę musiała tłumaczyć wszystko od nowa i wgl.
- Dzień dobry. To Pani chciała porozmawiać ze mną o
restauracji?- przywitał mnie uściskiem, silnej i dużej, dłoni.
- Dzień dobry. No tak. Wasz szef kuchni zaproponował mi
jakiś czas temu przejęcie tej restauracji ze względu na moje umiejętności i
wyczucie smaku. I przyszłam dziś w związku z moją decyzją.
- Ooo. Doprawdy? Bo nic mi o tym niewiadomo.- odpowiedział
mężczyzna, a ja zaczęłam się porządnie denerwować.
- Naprawdę. Jakiś tydzień temu byłam tu na obiedzie i w
takich oto okolicznościach poznałam waszego kucharza.
- Trochę głupio, bo nic mi o tym nie mówił…
- To może poprośmy go tutaj, to nam to wszystko wyjaśni.- zaproponowałam.
- Myślę, że to niestety niemożliwe, bo Jan zmarł 2 dni
temu.- odpowiedział mężczyzna, a ja nie wiedziałam, co zrobić.
- Oo. Przykro mi…- odparłam i spuściłam głowę w akcie
bezradności.- Iii co teraz?
- Otrzymałem tę restaurację w spadku, tzn dopiero otrzymam,
bo sprawa jest w przyszłym tygodniu. Wcześniej byłem menagerem tego lokum, ale
że Jan nie miał żadnej rodziny restauracja po jego śmierci przypadła mnie.
Szczerze, to praca tutaj zupełnie nie jest mi teraz po drodze, zakładam własną firmę
i nie będę miał czasu na prowadzenie dwóch przedsiębiorstw. Ufam, że Jan
naprawdę chciał przekazać Pani restaurację.
- Może to potwierdzić kelnerka, która mnie wtedy
zaprowadziła do kuchni.- powiedziałam i wskazałam dłonią na dziewczynę
odbierającą zamówienie. Poznałam ją bez problemu, mimo ubioru, które wszystkie
kelnerki miały takie samo.
- Świetnie. Jeśli Pani nadal chcę tę restaurację to ja ją
oddam. Skoro to było wolą Jana.
- Ale tak za darmo? Przecież mógłby Pan zażądać za nią
dużych pieniędzy. Lokum świetnie usytuowane, nieźle prosperujące…
- Tak, wiem, ale Jan sam chciał ją komuś oddać. Mówił mi o
tym i ja nie mogę robić czegoś wbrew jego woli. Całe swoje życie poświęcił dla
tej restauracji i szczerze wierzę, że nie chciałby, żeby zarządzał nią człowiek
bez pasji do gotowania, taki jak ja. Poza tym, jak już mówiłem, pozbywam się
kłopotu. Nie mógłbym sobie pozwolić na
prowadzenie dwóch działalności jednocześnie. Może dla upewnienia chodźmy
zapytać Magdy, jak to było.- powiedział i wstał przepuszczając mnie przodem, a
następnie poszliśmy w kuchni, w której znajdowała się obecnie dziewczyna. Na
moje szczęście kelnerka pamiętała mnie i potwierdziła moje „zeznania”. Chyba
wszystko powoli zaczynało się układać. Mariusz, czyli obecny szef restauracji
dał mi swoją wizytówkę i kazał zadzwonić w przyszłym tygodniu. Ustaliliśmy, że
po rozprawie dotyczącej podziału majątku, Mariusz odda mi restaurację w formie
darowizny. Zostawiłam mu swoje dane osobowe i adres, aby mógł zweryfikować moją
wiarygodność. W końcu byłam dla niego obcym człowiekiem, któremu niekoniecznie
musiał wierzyć. A w dzisiejszych czasach nie trudno zostać oszukanym. Chwila
nieuwagi, źle podpisany dokument i problemy po uszy. A wiadomo, że nikt nie
chciałby zostać zrobiony „w konia”. Z restauracji wyszłam szczęśliwa, ale
jednocześnie zmartwiona, czy sobie poradzę. Muszę się nad tym dobrze
zastanowić, skoro jeszcze mogę się wycofać. Wsiadając do autobusu prowadzącego
do domu, zdecydowałam się pojechać do „Machiny”. W końcu przecież podjęłam
decyzję i mogłam już pojawić się w restauracji. Po ok. 20 minutach wysiadłam z
autobusu i przeszłam kawałek na piechotę, aby dostać się do celu mojej podróży.
Już na ulicy czuć było, że jest właśnie pora obiadowa. Weszłam do środka.
- Hej. Jest Piotr?- zapytałam Amelki, która właśnie szła do
kuchni z zamówieniem.
- Jest, ale chyba zajęty. Siedział w papierach, bo do jutra
musi się rozliczyć z jakiegoś tam czegoś. Nie wiem. Bardzo wkurzony. Ale jak
chcesz, mogę mu powiedzieć, że przyszłaś.
- No możesz. To ja idę do kuchni, jakby co.- powiedziałam i
poszłam w tamtą stronę.
Korytarz był dość ciasny i maleńki, ale to zupełnie nie
odbierało mu jego uroku. Bladoróżowa, stara jak świat tapeta, lekko już zdarta,
prowadziła do dużego przedsionka z lustrem i blatem, na którym wydawane były
posiłki. Mimo pory obiadowej w kuchni było wyjątkowo cicho, tak jakby nikt do
nikogo nic nie mówił. Wchodząc do pomieszczenia zdałam sobie sprawę, że
rzeczywiście nie padają tam żadne słowa, oprócz coraz to nowszych zamówień. Przyglądając
się twarzom skupionych pracowników, zauważyłam, że są strasznie zdenerwowani.
Wśród krzątających się ludzi, dostrzegłam twarz Michała, który również nie
należał do najszczęśliwszych.
- Co się dzieję? Czemu się do siebie nie odzywacie?-
zapytałam zmartwiona.
- Nie dajemy rady! Idź ubieraj się i nie gadaj!- krzyknął do
mnie i rzucił w moim kierunku fartuch.„No to super…”- pomyślałam i pobiegłam
się przebrać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz