Przebrałam się, wzięłam głęboki wdech i pobiegłam do kuchni.
- Zrób szybko sałatkę z tuńczykiem i bakłażanem. Tylko
błagam cię szybko, bo klienci czekają już na nią 10 minut.- poprosił mnie Michał,
pełnym przejęcia głosem. Dlatego czym prędzej zabrałam się za przygotowania.
Niestety nie mogłam zrozumieć, dlaczego Piotr zostawił Michała samego na kuchni,
skoro ledwo dawali sobie radę w dwójkę… Rozumiem, że papierkowa robota jest
ważna, ale równie dobrze można to robić po pracy… Albo kiedy ruch jest
mniejszy. Widocznie to musiało być coś ważnego, albo po prostu Piotr był
strasznie wkurzony. Sama nie wiem, co gorsze.
Po półgodzinnej spince udało nam się opanować sytuację. Mogliśmy
przygotowywać zamówienia na bieżąco. Gdy akurat kroiłam cebulę do zapiekanki,
do kuchni wpadł, i to dosłownie, Piotr i zaczął czegoś przeraźliwie szukać. Szukał
pod garnkami, w szafce na produkty, później w akcie desperacji nawet w koszu.
- Czego szukasz?- zapytałam.
- Faktury. Zginęła mi jedna faktura z hurtowni… Cholera mnie
zaraz strzeli! Nie widzieliście faktury za owoce z czwartku? No cholera,
ciekawe co ja teraz zrobię…- westchnął Piotr, zauważając, że wszyscy kiwają
przecząco głowami.
- A jak jej nie znajdziesz to co się stanie?- zapytałam
poruszona całą sprawą.
- To nie oddadzą mi kasy… Zawsze, jak jest faktura to oddają
mi ułamek, niewielki, ale zawsze, ceny tych produktów.
- Poradzimy sobie jakoś bez tego. Nie z takich opresji
wychodziliśmy.- uśmiechnęłam się do niego, przypominając sobie sanepid, który
podczas rozkręcania interesu odwiedził nas kilkakrotnie w ciągu miesiąca. Albo drastyczny
spadek klientów i co za tym idzie przychodów, podczas epidemii ptasiej grypy i
innych absurdalnych chorób, typu choroba wściekłych krów. Piotr ledwo wiązał
wtedy koniec z końcem, rozważał nawet możliwość zamknięcia lokalu, tak niskie
były przychody. Był czas, kiedy cieszyliśmy się z jakichkolwiek przychodów, bo
zdarzały się miesiące, gdy koszty przerastały zyski. Więc z tego tym bardziej
wyjdziemy obronną ręka.
- A tak w ogóle to co ty tu robisz? – zapytał Piotr,
zdziwiony, jakby dopiero co mnie zobaczył.
- Pracuję. Jeszcze.- uśmiechnęłam się do niego serdecznie,
widząc, że trochę się rozluźnił i jego usta także skrzywiły się w lekkim
uśmieszku.
- Mhm. Czyli rozumiem, że posłuchałaś mojej rady?
- No taak. Znaczy to trochę zagmatwana historia… Jeszcze nic
nie podpisałam, mogę się jeszcze wycofać…
- Ani mi się waż! Pogadamy wieczorem. Chyba, że idziesz już
do domu?- zapytał, tak jakbym już tam nie pracowała.
- No wiesz.. Przecież nadal tu pracuję.- udałam obrażoną i… rozpłakałam
się. Dopiero teraz ta cholerna cebula zaczęła na mnie działać!
- Mam nadzieję, że to cebula. – uśmiechnął się. – Idę uporać
się z tymi papierami i później przyjdę wam pomóc.- powiedział i odszedł w swoją
stronę.
- Czyli przyjęłaś propozycję tego kucharza?- usłyszałam zza pleców
głos Michała. Nie widziałam jego twarzy, ale wiedziałam, ze się uśmiecha.-
Jestem z ciebie dumny.- poklepał mnie po ramieniu i zobaczyłam jego głowę obok
mojej.
- Jeszcze nic nie przyjęłam. Ale chyba tak zrobię. Myślisz,
że sobie poradzę?- zapytałam i spojrzałam na niego pełna strachu. Bałam się.
- No, a kto jak nie ty? Poza tym masz nas. Na pewno, gdy
tylko będziesz potrzebowała, każdy z „Machiny” wyciągnie do ciebie pomocną
rękę. A ja już na pewno!- krzyknął i zrobił dumną minę. Roześmiałam się na ten
widok.- W czym ci pomóc?- zapytał i pogrążyliśmy się w pracy i rozmowie.
Wieczorem, gdy już zbieraliśmy się do domów, podszedł do
mnie Piotr.
- No to teraz mamy czas. Możesz opowiadać jak to jest z tą
restauracją.- uśmiechnął się do mnie i pomógł założyć mi marynarkę. Zaczęłam
opowiadać mu wszystko od początku, o propozycji tego kucharza, później o
spotkaniu z menagerem i informacja o śmierci szefa kuchni. I o całej sprawie z
darowizną.
- Wiesz co? Zanim cokolwiek podpiszesz, musisz dobrze
przeczytać umowę, bo mogą cię wkręcić w jakieś długi, czy coś takiego. Miej
oczy szeroko otwarte.
- To żeś mnie wystraszył teraz… Wiesz… A może poszedłbyś tam
ze mną?- spojrzałam na niego błagalnym spojrzeniem i uwiesiłam mu się na
ramieniu, w akcie desperacji.
- No niech ci będzie…- udał, że robi to wszystko z łaski i
wybuchnął śmiechem. Wyszczerzył do mnie swoje piękne ząbki i uśmiechając się do
siebie i wygłupiając, poszliśmy ciemnym korytarzem w kierunku mojego domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz