niedziela, 5 sierpnia 2012

Chapter XIV



Przebrałam się, wzięłam głęboki wdech i pobiegłam do kuchni.

- Zrób szybko sałatkę z tuńczykiem i bakłażanem. Tylko błagam cię szybko, bo klienci czekają już na nią 10 minut.- poprosił mnie Michał, pełnym przejęcia głosem. Dlatego czym prędzej zabrałam się za przygotowania. Niestety nie mogłam zrozumieć, dlaczego Piotr zostawił Michała samego na kuchni, skoro ledwo dawali sobie radę w dwójkę… Rozumiem, że papierkowa robota jest ważna, ale równie dobrze można to robić po pracy… Albo kiedy ruch jest mniejszy. Widocznie to musiało być coś ważnego, albo po prostu Piotr był strasznie wkurzony. Sama nie wiem, co gorsze.

Po półgodzinnej spince udało nam się opanować sytuację. Mogliśmy przygotowywać zamówienia na bieżąco. Gdy akurat kroiłam cebulę do zapiekanki, do kuchni wpadł, i to dosłownie, Piotr i zaczął czegoś przeraźliwie szukać. Szukał pod garnkami, w szafce na produkty, później w akcie desperacji nawet w koszu.

- Czego szukasz?- zapytałam.

- Faktury. Zginęła mi jedna faktura z hurtowni… Cholera mnie zaraz strzeli! Nie widzieliście faktury za owoce z czwartku? No cholera, ciekawe co ja teraz zrobię…- westchnął Piotr, zauważając, że wszyscy kiwają przecząco głowami.

- A jak jej nie znajdziesz to co się stanie?- zapytałam poruszona całą sprawą.

- To nie oddadzą mi kasy… Zawsze, jak jest faktura to oddają mi ułamek, niewielki, ale zawsze, ceny tych produktów.

- Poradzimy sobie jakoś bez tego. Nie z takich opresji wychodziliśmy.- uśmiechnęłam się do niego, przypominając sobie sanepid, który podczas rozkręcania interesu odwiedził nas kilkakrotnie w ciągu miesiąca. Albo drastyczny spadek klientów i co za tym idzie przychodów, podczas epidemii ptasiej grypy i innych absurdalnych chorób, typu choroba wściekłych krów. Piotr ledwo wiązał wtedy koniec z końcem, rozważał nawet możliwość zamknięcia lokalu, tak niskie były przychody. Był czas, kiedy cieszyliśmy się z jakichkolwiek przychodów, bo zdarzały się miesiące, gdy koszty przerastały zyski. Więc z tego tym bardziej wyjdziemy obronną ręka.

- A tak w ogóle to co ty tu robisz? – zapytał Piotr, zdziwiony, jakby dopiero co mnie zobaczył.

- Pracuję. Jeszcze.- uśmiechnęłam się do niego serdecznie, widząc, że trochę się rozluźnił i jego usta także skrzywiły się w lekkim uśmieszku.

- Mhm. Czyli rozumiem, że posłuchałaś mojej rady?

- No taak. Znaczy to trochę zagmatwana historia… Jeszcze nic nie podpisałam, mogę się jeszcze wycofać…

- Ani mi się waż! Pogadamy wieczorem. Chyba, że idziesz już do domu?- zapytał, tak jakbym już tam nie pracowała.

- No wiesz.. Przecież nadal tu pracuję.- udałam obrażoną i… rozpłakałam się. Dopiero teraz ta cholerna cebula zaczęła na mnie działać!

- Mam nadzieję, że to cebula. – uśmiechnął się. – Idę uporać się z tymi papierami i później przyjdę wam pomóc.- powiedział i odszedł w swoją stronę.

- Czyli przyjęłaś propozycję tego kucharza?- usłyszałam zza pleców głos Michała. Nie widziałam jego twarzy, ale wiedziałam, ze się uśmiecha.- Jestem z ciebie dumny.- poklepał mnie po ramieniu i zobaczyłam jego głowę obok mojej.

- Jeszcze nic nie przyjęłam. Ale chyba tak zrobię. Myślisz, że sobie poradzę?- zapytałam i spojrzałam na niego pełna strachu. Bałam się.

- No, a kto jak nie ty? Poza tym masz nas. Na pewno, gdy tylko będziesz potrzebowała, każdy z „Machiny” wyciągnie do ciebie pomocną rękę. A ja już na pewno!- krzyknął i zrobił dumną minę. Roześmiałam się na ten widok.- W czym ci pomóc?- zapytał i pogrążyliśmy się w pracy i rozmowie.

Wieczorem, gdy już zbieraliśmy się do domów, podszedł do mnie Piotr.

- No to teraz mamy czas. Możesz opowiadać jak to jest z tą restauracją.- uśmiechnął się do mnie i pomógł założyć mi marynarkę. Zaczęłam opowiadać mu wszystko od początku, o propozycji tego kucharza, później o spotkaniu z menagerem i informacja o śmierci szefa kuchni. I o całej sprawie z darowizną.

- Wiesz co? Zanim cokolwiek podpiszesz, musisz dobrze przeczytać umowę, bo mogą cię wkręcić w jakieś długi, czy coś takiego. Miej oczy szeroko otwarte.

- To żeś mnie wystraszył teraz… Wiesz… A może poszedłbyś tam ze mną?- spojrzałam na niego błagalnym spojrzeniem i uwiesiłam mu się na ramieniu, w akcie desperacji.

- No niech ci będzie…- udał, że robi to wszystko z łaski i wybuchnął śmiechem. Wyszczerzył do mnie swoje piękne ząbki i uśmiechając się do siebie i wygłupiając, poszliśmy ciemnym korytarzem w kierunku mojego domu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz