niedziela, 20 maja 2012

Chapter XII


- What’s goin on?- zapytałam zdenerwowana.- I’m listening.

- Because… when I was in Australia I felt so alone, you know,  and… I had someone. – powiedział I spuścił głowę. Odetchnęłam z ulgą.

- And that’s all? – zapytałam trochę zdziwiona. Czy to coś takiego, że miał jakąś przez ten rok dziewczynę? Nie byliśmy już parą…

- Too little? I feel terrible with it because you never lost meaning for me. You are still very important and when you’ll walk away now… I don’t know what I’ll do with myself. I came here because of you. Please, try understand me. When you’ll go away I’ll stay alone. I won’t have nothing else.

- I’m trying but… No. It isn’t a good idea. You are a closed part of my life. And you did it by yourself. I should go, really. Take care, Bye.- wstałam i po prostu odeszłam od stolika. Nie wiedziałam, czy dobrze robię. Wgl nie wiedziałam co mam zrobić. To chyba było jedyne rozwiązanie, wyjście z sytuacji, które się wtedy pojawiło w mojej głowie. Miałam świadomość tego, że jeśli teraz odejdę, to nie będzie już odwrotu. Chciałam się odwrócić, podejść i usiaść tam z powrotem, i przez cały dzień gadać z nim na tematy totalnie z dupy. Chyba potrzebowałam czegoś takiego. Niestety, moja szansa właśnie mijała. A ja nie mogłam tego zrobić, ze względu na moją chorą dumę i godność. Nie chciałam mu pokazać, że przez ten cały rok, czekałam aż on wróci, a ja będę mogła wpaść w jego ramiona. Bo tak nie było. Nie było tak do czasu, kiedy nie zobaczyłam go rozmawiającego z profesorem, z dołeczkami w policzkach, wyrobionych od ciągłego uśmiechania się. Dziś także pierwszy raz od roku mogłam z bliska przyjrzeć się jego karmelowym tęczówkom. Tęskniłam za nimi. Jednak nic z tego nie wynikało. I właśnie ten facet ubrany w czarne spodnie, trampki i granatową koszulę, ten, który rok temu strasznie mnie zranił, właśnie powiedział mi, że nadal mu na mnie zależy. A to mi wcale nie pomagało w próbach nie poddania się jego urokowi. Ba! To było prawie niemożliwe. Szczególnie na mnie ten urok wyjątkowo dziś podziałał. Oj nie wiem. Albo on potrafi nim tak manipulować, albo ja jestem zupełnie na niego nieodporna. Pewnie po części jedno i drugie. Czy to dziwne, że przez ten rok kogoś miał? Przecież on, taki przystojny, inteligentny i zabawny facet, nie miałby z tym żadnego problemu. Ale szczerze mówiąc urzekło mnie to, że mi powiedział, chociaż wcale nie musiał, bo to tylko i wyłącznie jego sprawa… - Aara.. – powiedziałam do siebie, machnęłam ręką i wbiegłam do tramwaja. W pośpiechu oczywiście wdepnęłam w kałużę, na szczęście miałam na sobie kalosze, i jakoś nie miało to żadnych konsekwencji. Poczułam się trochę lepiej jak rano. No może nawet trochę bardziej. Jechałam właśnie na Starówkę załatwić wreszcie sprawę restauracji. Byłąm już wtedy w 100% przekonana, że to doskonała decyzja. Zadowolona z siebie wysiadłam z pojazdu i zdejmując kaptur, bo przestało padać, udałam się w stronę lokalu. Restauracja o nazwie „ Sorrento” (o zgrozo! Nazwa do przeróbki!) była usytuowana w bardzo korzystnym miejscu, praktycznie w centrum Warszawy. Tym bardziej cieszyłam się z przejęcia tej firmy. Weszłam do środka, a od razu usłyszałam jakąś beznadziejną muzykę, która przygłuszała wszystko, nawet wejście nowego klienta. Kolejna pozycja do zmiany. Podeszłam do recepcji i zapytałam o szefa.

- Witam, szef jest w kuchni. To coś ważnego?- zapytała mnie miła barmanka.

- Nie aż tak bardzo. Może Pani mu powiedzieć, że przyszłam w sprawie restauracji?- zapytałam.

- Oczywiście. To żaden problem. Proszę zająć miejsce, kelnerka zaraz do Pani podejdzie.- uśmiechnęła się do mnie i zniknęła w korytarzu, prowadzącym najprawdopodobniej do kuchni. Od razu pomyślałam, że jest na odpowiednim miejscu. Z pewnością pozostanie w moim team’ie na dłużej. Może mój zapał był nie na miejscu i mógł wszystko popsuć, jednak nie mogłam się powstrzymać przed myśleniem na temat nowego wystroju i personelu. Nawet otwierając menu, które przyniosła mi kelnerka, rozmyślałam nad pewnymi zmianami. Musiałam jednak przystopować, bo wiem, że moje podekscytowanie i zapał prawie zawsze krzyżują mi wszystkie plany. A przecież nie mogło być tak tym razem. Zamówiłam kawę i czekałam podekscytowana na spotkanie z kierownikiem, kiedy w głośnikach leciała jakaś muzyka klubowa. „Zgroza”- pomyślałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz