sobota, 12 maja 2012

Chapter VIII


Uśmiechnęłam się do niej i próbując nie roześmiać się jeszcze bardziej, wyminęłam ją i poszłam w stronę sali wykładowej. Dopiero, gdy przyjaciółka nie mogła zobaczyć mojej twarzy, wybuchłam śmiechem. Odwróciłam się do niej pełna powagi i powiedziałam:
- Lecę, bo się spóźnię. Pogadamy później.
- Noo raaaczej. – puściła do mnie oczko i poszła na swoje zajęcia.

Zajęcia ze speaking’u zleciały mi dość szybko i ok. 14 jechałam już tramwajem do mojej pracy.

- Hej wszystkim. – przywitałam się z całą ekipą.
- O cześć. Jak mija dzień?- usłyszałam tylko odpowiedź Michała. Cała reszta była pochłonięta swoimi obowiązkami. Chyba tylko on miał podzielną uwagę.
- Jakoś leci. A jak wy sobie radzicie? Widziałam, że jest spory tłok.
- Nie narzekamy, ale przydałaby się kolejna para rąk do pomocy.- usłyszałam zza swoich pleców głos Piotrka.- Przebieraj się i do roboty!- uśmiechnął się do mnie karcąco.

Pobiegłam do szatni, zdjęłam płaszcz i przebrałam buty. Założyłam na siebie fartuch i umyłam ręce. Byłam gotowa do pracy.

- Łosoś na parze plus szparagi i sok pomarańczowy.- krzyknęła Mela jak najgłośniej potrafiła, aby wszyscy zrozumieli.
- Ok. To ja się tym zajmę. – odparłam.

Tak oto zleciało mi ok. 6 godzin, czyli całe moje popołudnie i wieczór. Było coś chyba ok. godziny 21. A może później. Straciłam rachubę czasu. Pożegnałam się ze wszystkimi i już miałam wychodzić, gdy Piotr mnie zatrzymał.
- Chciałbym z tobą pogadać. No chyba, że się spieszysz.
- Coś się stało? Masz taką poważną minę.- odpowiedziałam mu przestraszona, bojąc się, że coś jest nie tak.
- Właściwie to nie wiem. Słyszałem, że dostałaś propozycję pracy i wiesz… To dla ciebie duża szansa…
- Michał już ci wypaplał? No to ładnego mam powiernika…
- Przestań. Rozmawialiśmy i tak jakoś wyszło… Zresztą nieważne. Dobrze wiesz, że nie o to chodzi. Czemu mi nie powiedziałaś?
- Nie ma o czym. Nawet nie wiem, czy jest o czym mówić.
- Jak to?- zdziwił się Piotr.
- Normalnie. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Czy w ogóle przyjmę tę propozycję.
- Czyś ty zgłupiała?! Przecież taka szansa może już ci się nigdy więcej nie trafić. Restauracja w świetnym miejscu, z dobrą opinią. Nie musisz wszystkiego zaczynać od nowa… Nawet sobie nie żartuj, że z niej nie skorzystasz.
- Ale ja lubię pracować w „Machinie”… Poza tym nie wiem, czy jestem w stanie sama prowadzić restaurację… A może właściciel ma jakieś długi, czy coś i szuka naiwnego?
- To ty szukasz. Tylko wymówki. Przecież wiesz, że nie będziesz sama.
- No tak, ale tutaj już wszystko znam…
- W takim razie jesteś zwolniona.- odparł z pełną powagą Piotr.
- Żartujesz sobie ze mnie?
- Nie. Zastanów się dobrze, a dopóki nie podejmiesz decyzji, módl się,  żebym cię tu nie widział.- dodał, odwrócił się i odszedł.

„No brawo. I zostałam bez pracy. Jakbym mało miała problemów.”- pomyślałam sobie i wkurzona na maxa poszłam do domu. Był ciepły, choć wietrzny wieczór. Niebo było zachmurzone, nie było widać ani jednej gwiazdy. Szłam skrótem, aby być szybciej w domu. Jednak uliczka, którą podążałam była pozbawiona jakiejkolwiek latarni. W ciemności nie było widać w ogóle nic. Modliłam się tylko o to, abym bezpiecznie dotarła do domu. Gdy byłam już pod kamienicą ciśnienie trochę mi spadło. Tylko po to by za chwilę znów się podnieść. I to do granic możliwości.

- Hi. Are sou still afraid of darkness?-  usłyszałam za plecami i nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Mój koszmar dopiero się rozpoczynał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz