niedziela, 15 kwietnia 2012

Chapter VII


- Nie wstaje…- powiedziałam do siebie, a raczej krzyknęłam, próbując przekrzyczeć dźwięk budzika. Otworzyłam jedno oko i wpół na oślep sięgnęłam po telefon i wyłączyłam ten okropny odgłos. Usiadłam na łózku. Przetarłam oczy, mając nadzieję, że choć trochę mnie to rozbudzi. Była 6:35. Czas wstawać.
Jak co dzień najpierw wstawiłam wodę na kawę i włączyłam radio, aby posłuchać najświeższych informacji. Na dworze było dopiero 5o C. Z nadzieją, że temperatura jeszcze wzrośnie, poszłam do łazienki. Przemyłam oczy i umyłam zęby. Na powieki nałożyłam odrobinę czarnego cienia, aby podkreślić błękit moich oczu. Rzęsy pociągnęłam czarnym, niczym atrament, tuszem. Wyczesałam długie, ciemne włosy i uczesałam je w kłosa, który opadał mi na ramię. W pewnym stopniu ogarnęłam już swój wygląd. Całkowicie na nogi miała postawić mnie kawa. Poszłam więc, nadal w piżamach, zaparzyć swój ulubiony napój. Do kubka wstypałam 2 łyżeczki rozpuszczalnej kawy, łyżeczkę cukru i zalałam to wrzątkiem. Dodałam trochę mleka. Opary z mojego kubka rozeszły się już po całym mieszkaniu. W radiu leciała właśnie piosenka U2- One. Wszystko pięknie się współgrało. Dochodziła 7:30 i trzeba było się jednak zbierać na uczelnię. Wsałam i podeszłam do szafy. Wyjęłam siwe szorty i pudrową, elegancką bluzkę z kokardką na dekolcie. Wszystkie potrzebne rzeczy włożyłam do koszyka, przez którego ucho przewiesiłam pudrową apaszkę. Na stopy nałożyłam czarne baleriny, a z wieszaka zabrałam swoją ramoneskę.  Z kuchni zatrzymałam się jeszcze przy lodówce i wyjęłam z niej butelkę wody, a z koszyka umieszczonego na blacie, chwyciłam jabłko. Mogłam wychodzić.
Na dworze od razu odczułam chłód i byłam zmuszona do założenia kurtki. Mimo zimna świeciło słońce, więc na nos wsunęłam okulary przeciwsłoneczne. Ulice były dość ruchliwe, jednak ludzie ruszali się, jakby byli naćpani. Być może pogoda tak na nich działała, może coś innego, jednak widać było, że podróż do pracy, bądź szkoły w ogóle im się nie uśmiecha.  Ich smutne miny i posuwisty chód, zaczęły mnie także zniechęcać do jakichkolwiek działań. A tu nagle…
- Podwieźć panią?- usłyszałam głos zza pleców.
- Czyś ty oszalał?! Ja rozumiem, że jeżeli dostałabym zawału, to ty miałbyś kolejną pacjentkę, ale uznajmy, że na razie do szpitala mi się nie spieszy. – obok mnie, moim tępem, jechał Miłosz swym srebrnym autem.
- Oj, przepraszam. Nie chciałem Cię przestraszyć.- mężczyzna spuścił głowę jak małe dziecko, które dostało klapsa za nieposłuszeństwo.
-No wiem, wiem. Ale tak w ogóle to co ty tu robisz?
- Przejeżdżam.- wyszczerzył zęby.
- Widzę.- wyszczerzyłam także, próbując go naśladować.
- Jedzie Pani?- zapytałam, wskazując dłonią na siedzenie obok niego.
- Jedzie.- odpowiedziałam i weszłam do samochodu.- Na Traugutta, dobrze?- dodałam z tylnego siedzenia.
- Oczywiście, gdzie sobie Pani życzy.- uśmiechnął się do lusterka, abym mogła zobaczyć jego pełne, białe uzębienie.
- Płacą Panu za tę reklamę pasty do zębów? Jakiej Pan używa?- zapytałam nadal wpatrzona w lusterko.
- To nie reklama pasty, tylko dentysty. Agnieszka Wałachowska- moja siostra.- po raz kolejny obdarzył mnie białym uśmiechem.
- No proszę… Cała rodzina medyków?- zapytałam zaciekawaiona.
- Nie cała.Tylko my i ojciec. Jest chirurgiem. Mama za to pracowała jako polonistka. A i mam jeszcze jednego brata. Studiuje biotechnologie na politechnice.
- Wow. Niezła rodzina. – dodałam. Byłam pod naprawdę ciężkim wrażeniem.
- A twoja?
- Moja mama zmarła w tamtym roku na raka płuc. Ojciec pracował na kolei, teraz jest chory i już nie pracuje. A mój brat- Marek prowadzi własną firmę budowlaną. I całkiem nieźle mu idzie.- uśmiechnęłam się.
- Przykro mi z powodu mamy.- Miłosz widocznie się zmieszał.- Tylko jednego brata? To słabo się rodzice postarali…- uśmiechnął się do mnie.
- I tak to cud, że jestem na świecie. Między mną, a Markiem jest 10 lat różnicy. A rodzice wcale nie byli najmłodsi, gdy urodził się mój brat.
- No tak, fakt. Jesteś cudowna.- spojrzał mi w oczy, poprzez lusterko. – I niestety jesteśmy już na miejscu.
- No tak. Ile płacę?-  zapytałam wysiadając. Miłosz wskazał palcem na policzek. Podeszłam i wykonałam zapłatę.
- No może być.- pokiwał głową.
- Jutro też się mam Pana spodziewać?- zapytałam.
- Zobaczymy. – uśmiechnął się- To mówisz, że kończysz dzisiaj późno, tak?
- No niestety… I niestety muszę już iść.
- No ja niestety też muszę już jechać. Zadzwoń, jak będziesz miała czas, czy jeśli będziesz chciała się zobaczyć, bo mam wrażenie, że trochę się narzucam…
- Wcale nie. Ok, zadzownię. Uciekam, pa. Dziękuję.- pocałowałam go w policzek.
- Ooo. Teraz było super.- uśmiechnął się. – Ja też pędzę. Do usłyszenia. Pa.- pomachał mi i wsiadł do pojazdu. Ruszył i zniknał mi z pola widzenia.
- Ojj wpadłaś, Laura. Wpadłaś po uszy…- usłyszałam głos Mai za plecami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz