- Nie wstaje…- powiedziałam do siebie, a raczej krzyknęłam,
próbując przekrzyczeć dźwięk budzika. Otworzyłam jedno oko i wpół na oślep
sięgnęłam po telefon i wyłączyłam ten okropny odgłos. Usiadłam na łózku.
Przetarłam oczy, mając nadzieję, że choć trochę mnie to rozbudzi. Była 6:35.
Czas wstawać.
Jak co dzień najpierw wstawiłam wodę na kawę i włączyłam
radio, aby posłuchać najświeższych informacji. Na dworze było dopiero 5o C.
Z nadzieją, że temperatura jeszcze wzrośnie, poszłam do łazienki. Przemyłam
oczy i umyłam zęby. Na powieki nałożyłam odrobinę czarnego cienia, aby
podkreślić błękit moich oczu. Rzęsy pociągnęłam czarnym, niczym atrament,
tuszem. Wyczesałam długie, ciemne włosy i uczesałam je w kłosa, który opadał mi
na ramię. W pewnym stopniu ogarnęłam już swój wygląd. Całkowicie na nogi miała
postawić mnie kawa. Poszłam więc, nadal w piżamach, zaparzyć swój ulubiony
napój. Do kubka wstypałam 2 łyżeczki rozpuszczalnej kawy, łyżeczkę cukru i
zalałam to wrzątkiem. Dodałam trochę mleka. Opary z mojego kubka rozeszły się
już po całym mieszkaniu. W radiu leciała właśnie piosenka U2- One. Wszystko
pięknie się współgrało. Dochodziła 7:30 i trzeba było się jednak zbierać na
uczelnię. Wsałam i podeszłam do szafy. Wyjęłam siwe szorty i pudrową, elegancką
bluzkę z kokardką na dekolcie. Wszystkie potrzebne rzeczy włożyłam do koszyka,
przez którego ucho przewiesiłam pudrową apaszkę. Na stopy nałożyłam czarne
baleriny, a z wieszaka zabrałam swoją ramoneskę. Z kuchni zatrzymałam się jeszcze przy lodówce
i wyjęłam z niej butelkę wody, a z koszyka umieszczonego na blacie, chwyciłam
jabłko. Mogłam wychodzić.
Na dworze od razu odczułam chłód i byłam zmuszona do
założenia kurtki. Mimo zimna świeciło słońce, więc na nos wsunęłam okulary
przeciwsłoneczne. Ulice były dość ruchliwe, jednak ludzie ruszali się, jakby
byli naćpani. Być może pogoda tak na nich działała, może coś innego, jednak
widać było, że podróż do pracy, bądź szkoły w ogóle im się nie uśmiecha. Ich smutne miny i posuwisty chód, zaczęły
mnie także zniechęcać do jakichkolwiek działań. A tu nagle…
- Podwieźć panią?- usłyszałam głos zza pleców.
- Czyś ty oszalał?! Ja rozumiem, że jeżeli dostałabym
zawału, to ty miałbyś kolejną pacjentkę, ale uznajmy, że na razie do szpitala
mi się nie spieszy. – obok mnie, moim tępem, jechał Miłosz swym srebrnym autem.
- Oj, przepraszam. Nie chciałem Cię przestraszyć.- mężczyzna
spuścił głowę jak małe dziecko, które dostało klapsa za nieposłuszeństwo.
-No wiem, wiem. Ale tak w ogóle to co ty tu robisz?
- Przejeżdżam.- wyszczerzył zęby.
- Widzę.- wyszczerzyłam także, próbując go naśladować.
- Jedzie Pani?- zapytałam, wskazując dłonią na siedzenie
obok niego.
- Jedzie.- odpowiedziałam i weszłam do samochodu.- Na
Traugutta, dobrze?- dodałam z tylnego siedzenia.
- Oczywiście, gdzie sobie Pani życzy.- uśmiechnął się do
lusterka, abym mogła zobaczyć jego pełne, białe uzębienie.
- Płacą Panu za tę reklamę pasty do zębów? Jakiej Pan
używa?- zapytałam nadal wpatrzona w lusterko.
- To nie reklama pasty, tylko dentysty. Agnieszka
Wałachowska- moja siostra.- po raz kolejny obdarzył mnie białym uśmiechem.
- No proszę… Cała rodzina medyków?- zapytałam zaciekawaiona.
- Nie cała.Tylko my i ojciec. Jest chirurgiem. Mama za to
pracowała jako polonistka. A i mam jeszcze jednego brata. Studiuje
biotechnologie na politechnice.
- Wow. Niezła rodzina. – dodałam. Byłam pod naprawdę ciężkim
wrażeniem.
- A twoja?
- Moja mama zmarła w tamtym roku na raka płuc. Ojciec
pracował na kolei, teraz jest chory i już nie pracuje. A mój brat- Marek
prowadzi własną firmę budowlaną. I całkiem nieźle mu idzie.- uśmiechnęłam się.
- Przykro mi z powodu mamy.- Miłosz widocznie się zmieszał.-
Tylko jednego brata? To słabo się rodzice postarali…- uśmiechnął się do mnie.
- I tak to cud, że jestem na świecie. Między mną, a Markiem
jest 10 lat różnicy. A rodzice wcale nie byli najmłodsi, gdy urodził się mój
brat.
- No tak, fakt. Jesteś cudowna.- spojrzał mi w oczy, poprzez
lusterko. – I niestety jesteśmy już na miejscu.
- No tak. Ile płacę?-
zapytałam wysiadając. Miłosz wskazał palcem na policzek. Podeszłam i
wykonałam zapłatę.
- No może być.- pokiwał głową.
- Jutro też się mam Pana spodziewać?- zapytałam.
- Zobaczymy. – uśmiechnął się- To mówisz, że kończysz
dzisiaj późno, tak?
- No niestety… I niestety muszę już iść.
- No ja niestety też muszę już jechać. Zadzwoń, jak będziesz
miała czas, czy jeśli będziesz chciała się zobaczyć, bo mam wrażenie, że trochę
się narzucam…
- Wcale nie. Ok, zadzownię. Uciekam, pa. Dziękuję.-
pocałowałam go w policzek.
- Ooo. Teraz było super.- uśmiechnął się. – Ja też pędzę. Do
usłyszenia. Pa.- pomachał mi i wsiadł do pojazdu. Ruszył i zniknał mi z pola
widzenia.
- Ojj wpadłaś, Laura. Wpadłaś po uszy…- usłyszałam głos Mai
za plecami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz