czwartek, 17 maja 2012

Chapter XI


„Cholera. Jestem pomiędzy młotem, a kowadłem. Czemu moje życie musi być tak skomplikowane? A może po prostu ja sama je sobie komplikuje?”- myślałam szykując się pospiesznie na zajęcia, aby się nie spóźnić. Lubiłam swoje studia, ludzi z roku, jednak chyba z tym nie wiązałam swojej przyszłości. Nie znalazłam dla siebie odpowiednich studiów, więc z braku jakiegokolwiek wyjścia poszłam na filologię angielską z nadzieją przyszłej pracy w zawodzie nauczyciela. Kiedy jednak podjęłam pracę w „Machinie”  wszystkie moje dotychczasowe plany uległy diametralnej zmianie. Odkryłam, że gotowanie jest właśnie tym, co chcę robić w życiu. I własna restauracja miała mi pozwolić na rozwijanie się w tym kierunku. Cieszyłam się z tego powodu, lecz strach jednak również mi towarzyszył.

„Ooo Panie, czemu moje życie jest takie beznadziejne?”- pomyślałam wznosząc głowę do sufitu z nadzieją, że to coś zmieni. Nie zmieniło. Wyjrzałam przez okno. Padał deszcz. Woda strugami spływała po szybach i robiła niezliczone zacieki. Nie dość, że ludzie przeciwko mnie, to na dodatek pogoda. Wszystko było beznadziejne i najchętniej zaszyłabym się w łóżku i przeczekała ten zły czas. Niestety czas naglił i musiałam wychodzić na zajęcia. Nie chciało mi się niemiłosiernie. Tym bardziej, jeśli przypomniałam sobie wczorajszy incydent. Oj, nie chciałam tego pamiętać.

Z szuflady wyciągnęłam parasol, a na stopy nałożyłam kalosze. Choć i jedno, i drugie były bardzo kolorowe wgl nie odzwierciedlały wtedy mojego nastroju. Na ramiona zarzuciłam sweter i wyszłam. Niskie ciśnienie towarzyszące opadom wgl mi w tym nie pomagało. Miałam ochotę zatrzymać się, położyć na schodach i zasnąć. Gdy wyszłam na dwór zobaczyłam wielkie kałuże, błoto, okropną szarość i smutek, która ogarnęła to, dotąd kipiące radością, miasto. Aż żal było opuszczać ciepły i przytulny dom. Przywitałam się z sąsiadką, wracającą właśnie ze sklepu, a sama musiałam stawić czoło mojemu życiu. Wskoczyłam szybko do tramwaju, abym nie zmokła i już po jakichś 10 minutach byłam pod moją uczelnią. Biały dotąd budynek pod wpływem spadającego deszczu przeobraził się w szarobury, wgl nie podobny do wcześniejszego. Postanawiając przezwyciężyć swój zły humor i lenistwo, wbiegłam do szkoły i udałam się w stronę sali. Wszyscy już prawie byli. Znalazłam sobie najdogodniejsze miejsce i usiadłam. Cały dzień bardzo się dłużył, jednak dzięki mojemu zaangażowaniu w zajęcia prawie wgl nie myślałam o moich problemach. Niestety, zajęcia, jak i wszystko inne, kiedyś się kończy i musiałam od nowa powrócić do rzeczywistości. Na domiar złego, wychodząc z sali, zauważyłam wychodzącego z innego pomieszczenia Jeremy’ego i rozmawiającego z nim mojego profesora. Zapewne przyjechał, aby się pochwalić swoimi sukcesami zawodowymi. Wcale bym się nie zdziwiła. Przechodząc obok nich korytarzem miałam nadzieję, że mnie nie zauważą. Taaa. Nie z moim szczęściem.

- Laura! Come here, please.- ku mojemu zdziwieniu usłyszałam głos mojego wykładowcy historii.

- Yes?- zapytałam.

- Did you already see Jeremy? He came to Poland in Wendnesday.

- Yes, I have been seeing him. – odpowiedziałam nie do końca pewna swojej odpowiedzi. Spojrzałam na Jeremy’ego. Stał uśmiechnięty i widocznie szczęśliwy z tego przypadkowego spotkania.

- Oohh really? And do you already know that he’s going to stay in Poland? He is going to start a very good job in polish firm. Isn’t it wonderful? – zapytał ze szczerym entuzjazmem mój profesor. A mnie po prostu zamurówało. – It’s a brillant example for all of you. In Poland are good jobs too. You must learn how to search for them. And never forget about your passion!- powiedział coś w tym rodzaju. Szczerze, to nawet nie pamiętam.

- Oo that’s wonderful. Congratulations. – powiedziałam do Jeremy’ego, delikatnie się uśmiechając.

- Thanks. And how are you?- próbował zacząć rozmowę. Nie wiedziałam co mam począć.

- I have to go, kids. See you soon.- powiedział nauczyciel i odszedł. – Bye.

- Actually, I have to go too…- rzuciłam, próbując nie zaczynać z nim żadnych pogawędek.

- Oooo, no. You won’t escape this time. We have to talk. You. Me. Café. Now.- mówił I pokazywał najpierw na mnie, później na siebie i na znak “kawiarnia- 1 piętro”. „ Czy mam coś do stracenia?” pomyślałam sobie.

- Ok. Let’s go.- powiedziałam niezbyt przekonana swojej decyzji.

W drodze do kawiarni Jeremy bardzo się starał, aby nawiązać ze mną jakikolwiek kontakt. Oczywiście nie ułatwiałam mu tego. Jego próby rozmowy o studiach, Mai i pogodzie skończyły się fiaskiem, co niezmiernie mnie rozbawiło. Poczułam się trochę jakby czas się zatrzymał. A nawet cofnął. Pogadaliśmy trochę o różnych głupotach, o tematach zupełnie bez sensu. Nadal potrafiliśmy się dogadać mimo tak długiego rozstania. Niestety, nieubłaganie nadchodził czas rozmowy na temat dla nas nieunikniony, czyli o nas samych. Jeremy kilkukrotnie próbował zacząć ten wątek, jednak ja skutecznie zmieniałam temat. Tym razem postanowiłam, że odpuszczę. Nie da się przecież od tego uciec.

- I’m sorry. – zaczął ponownie Jeremy- I’m so sorry. I regret every decision in this year. If I could turn back time I won’t do what I’ve done. But I can’t. And that’s the worst truth in my life.

- Tell me, why?

- You were so far away. A thousands miles from me. And suddenly, Me- fell in love, happy man with the most beautiful girl in the whole world, I was alone. And I understood that it hadn’t got sense. Now I know that was the worst decision in my life, but I can’t change this. Simply, I wanted have you always by my side, always support each other and be happy with you. But at a distance it wasn’t possible. I thought that.

- You hurt me, do you know that? That was the worst time in my life. And now you want to change everything. Should I be happy? Because I’m not. I’m pleased with your success, but you can’t expect that I will happy of your being here. You can’t imagine how hard this year was for me. Not only because of you. So please don’t disturb me and I won’t disturb you. We have our lifes now. Without ourselves. Let it be.

- Ok. I understand you. It’s hard to know that we bear the consequences of our choices. Choices of our stupid youth.

- Stupid or not. It’s our past and we can’t change this even if we want it very much. I’m sorry but I can’t go. I have something to do. Nice to see you again and good luck.- odpowiedziałam mu lekko się uśmiechając, tak jakby przez łzy, które nie spływały mi po policzach, ale czułam się, jakby tak było.

- Nice to see you too. Do you still work in a restaurant?- uśmiechnął się także I zadal pytanie tak jakby nie rozumiał mojego pożegnania.

- No, no more in a „Machina” but maybe in another restaurant some day…- uśmiechnęłam się, bo właśnie miałam iść załatwić sprawę z lokalem. – I have to go. Really.

- Ok., I don’t stop you anymore.- uśmiechnął się i pomógł mi założyć płaszcz. Nagle jego twarz spochmurniała i wyglądał na, tak jakby, rozdartego w sobie. – Wait. I must tell you something. I feel not fair with you.- zdenerwowałam się tymi słowami i usiadłam z powrotem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz