niedziela, 13 maja 2012

Chapter IX


To nie było możliwe. Zanim się odwróciłam kurczowo zamknęłam powieki i od razu je otworzyłam. Powtórzyłam czynność kilkukrotnie i dopiero po kilku sekundach odwróciłam się na pięcie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to wcale nie sen.

- Jeremy. Hi. – odpowiedziałam, nadal do końca nie wiedząc, czy to się dzieje naprawdę. Moje oczy chyba nie mogły kłamać. Widziałam przed sobą tego nadal przystojnego mężczyznę sprzed roku. Bez burzy loków na głowię i w krawacie, zamiast w koszuli w kratę, ale nadal wyglądał niesamowicie przystojnie.- You’ve changed.

- Yeah, a little. – odparł uśmiechając się, spoglądając na siebie i rozkładając ręce, chcąc pokazać swój teraźniejszy wygląd.

- What are you doing here?- zapytałam, jakby otrząsając się z tego wszystkiego, budząc się ze snu.

- I would like to apologie. It was hard year.

- For you or for me?

- For both of us. I’m sorry. I know that it doesn’t explain me, but, please, try understand me.

- I don’t want to understand anything. I think it isn’t a good moment for explaining. You should go.

- Please, let me say…

- Go. Good night.- powiedziałam i weszłam do budynku. Nie wiedziałam, czy wyszło tak jak planowałam, czy byłam dla niego dostatecznie oschła. To wszystko nadeszło w nieodpowiednim momencie. Byłam tak zaskoczona, że wszystkie próby przypomnienia sobie wyuczonych kwestii skończyły się fiaskiem. Nie wiedziałam co mam z sobą zrobić. Weszłam do mieszkania, zamknęłam je na klucz i najnormalniej w świecie się rozpłakałam. Włączyłam muzykę i położyłam się na sofie.

„Czemu takie rzeczy zawsze muszą przydarzać się mi? Co jest ze mną nie tak? Cholera! Nie może tak być. No mogę się tak nad sobą użalać. Przecież nie o to chodzi. Muszę być silna. Nie mogę dać po sobie znać, że sobie nie radzę. Właściwie to sobie radzę. Tak. Zdecydowanie sobie radzę. Jutro idę do tej restauracji i biorę tę posadę. Może to będzie początek czegoś nowego?  Czegoś lepszego? Bez Jeremy’ego. Oj… Jaki on teraz inny… Nie, że gorszy… Bo wcale nie… Po prostu inny. Krótsze włosy, lekko podniesione do góry nawet mu pasują. I ta śnieżnobiała koszula i czarny krawat też. Nawet, nawet. O losie… wyglądał nieziemsko! No, ale muszę mu teraz pokazać, że bez niego jest ok. Nawet lepiej niż z nim. Będzie dobrze. A jutro idziesz do restauracji- pamiętaj. Żadnych wykrętów.”

I tak rozmyślając nad swoim losem zasnęłam. Miałam ochotę zadzwonić do Mai, ale nie chciałam jej przeszkadzać, bo pewnie pracowała. Piotr zwolnił mnie z pracy, więc jutro mogłam spać do południa. To była chyba jedyna pozytywna wiadomość.


Niestety, wbrew moim oczekiwaniom mój niewyłączny budzik zadzwonił o 6:35. Obudziłam się niemiłosiernie wkurzona tym faktem i próbując znów zasnąć przekręciłam się na drugi bok. Na moją niekorzyść nic to nie dało i zdenerwowana spojrzałam na zegarek. Była 7:13, a ja, kiedy mogłam sobie wreszcie pospać, leżałam w pełni świadoma. Postanowiłam włączyć sobie muzykę. Weszłam w folder „30 seconds to Mars” w mojej mp3 i odtworzyłam pierwszą piosenkę. Była to „Valhalla”, której tekst idealnie pasował do mojej obecnej sytuacji.

-You are the reason I can’t control myself- śpiewałam sobie po cichu, udając mimikę Jareda Leto.

Zawsze świetnie odnajdowałam się w tekstach tej kapeli. Bardzo życiowe, czasem sfiksowane, zawsze prawdziwe.
Niestety leżenie w łóżku nie było najlepszym pomysłem, ponieważ moje własne myśli nie dawały mi spokoju. Postanowiłam wstać. Nadal ze słuchawkami w uszach udałam się do łazienki, by tam kontynuować swój „koncert” do szczoteczki do zębów i lustra.

„Miałam się nie zamartwiać i się nie zamartwiam” – pomyślałam sobie i ruszyłam do kuchni, nadal w piżamie,  przygotować sobie śniadanie. Włączyłam wodę na herbatę, śpiewając przy tym „Save me, save me, save oooh lord”. Otwierając lodówkę doszłam do wniosku, że nie mam w niej niczego ciekawego do jedzenia, więc poszłam się ubrać, aby iść do sklepu. Z szafy wyjęłam jeasny i czerwoną koszulkę oversize. Do tego włożyłam białe trampki, a włosy związałam w kucyka. Zabrałam portfel, okulary, telefon i wrzuciłam do torby. W słuchawkach leciała już kolejna piosenka Marsów, tym razem było to „Egde of the Earth”. Zamykałam drzwi i śpiewałam sobie po cichu.

-You wanna be the one who control, You wanna be the one who’s alive, you wanna be the one who gets old…

- It’s not a matter of luck, it’s just a matter of time. – dokończył męski głos za plecami.- Nie wiedziałem, że ich sluchasz.

- Miłosz! Przestraszyłeś mnie. – pokiwałam głową.- Co tu robisz?

- Teraz stoję, ale jak mnie wpuścisz to może usiądę.- uśmiechnął.

- Może nawet zaproszę cię na śniadanie, ale najpierw musimy iść na zakupy, bo nie mam nic do jedzenia.

- Więc chodźmy.- zaproponował swoje ramię, abyśmy szli razem. Było to bardzo miłe. Wyszliśmy z budynku i udaliśmy się w kierunku najbliższego supermarketu.

- Co u ciebie?- zapytał Miłosz.

- Mogłoby być lepiej. Masz dzisiaj wolne?

- Pracę zaczynam dopiero wieczorem. Mam nocną zmianę. A ty?

- Ja.. Nie mam dzisiaj zajęć.

- A praca?

- Później ci opowiem.- powiedziałam wchodząc do sklepu.
Duże, przestronne pomieszczenie od razu przywitało nas ciepłem i zapachem świeżego pieczywa.

- Chodźmy najpierw po bułki.- złapałam go za rękę i zaprowadziłam do działu z pieczywem.- Jakie lubisz? Ja biorę te ze słonecznikiem i dynią.

- Dla mnie możesz wziąć te z sezamem.

- Dobra. Chodźmy jeszcze po jakąś konfiturę, owoce i warzywa.

- Wiesz, co… Poczekaj chwilę, ja zaraz do ciebie dojdę.

- Ok.- opowiedziałam mu i pochłonęło mnie czytanie etykiet na słoiczkach. Następnie udałam się do stoiska z warzywami i owocami, i wybrałam dwie duże pomarańcze, sałatę i pomidory.- O już jesteś. Gdzie byłeś?

- Aaa, pomyślałem, że na śniadanie do kawy przyda się coś słodkiego- powiedział i podał mi paczuszkę,owiniętą w pergamin.

- Drożdżówki?- zapytałam rozradowana jak mała dziewczynka.
- Mhm. I pączki.- uśmiechnął się do mnie serdecznie.

- Świetnie.- odpowiedziałam i udałam się do kasy. Gdy nadeszła moja kolej zapłaciłam za wszystko i poszliśmy w stronę domu. Droga mimo wczesnej pogody upłynęła nam bardzo przyjemnie. Gdy byliśmy już na klatce, otworzyłam drzwi i zaprosiłam go do środka.

- Kobiety przodem.- powiedział i wskazał ręką na moje pierwszeństwo. Bez słowa, lecz z uśmiechem na twarzy weszłam do mieszkania, zdjęłam torbę i powiesiłam na wieszaku.

- Rozgość się.- powiedziałam i udałam się do kuchni, aby wypakować zakupy.

- Bardzo ładne mieszkanie. Tyle miejsca dla jednej osoby? Nie za dużo?- uśmiechnął się zawadiacko, na co odpowiedziałam mu wytknięciem języka.

- Jest dobrze. Nawet bardzo.- powiedziałam tak jakby chcąc utwierdzić się w przekonaniu, że „daję sobie radę”.

- Czyżby? A co z pracą?

- No tak… Zostałam zwolniona. – powiedziałam mu wyciskając sok z pomarańczy.

- Jak to? Ty? Przecież chyba świetnie wykonywałaś swoje obowiązki.

- No wykonywałam najlepiej, jak mogłam. Ale szef, jest moim przyjacielem i powiedział, że dopóki nie przyjmę propozycji tamtej restauracji nie mam się po co pokazywać w „Machinie”.

- Oo. I zdecydowałaś już?

- Myślę, że tak. Pójdziesz tam ze mną po śniadaniu? Czułabym się pewniej.

- No jasne. Pomóc ci w czymś?- zapytał i zabrał się za robienie kawy. Śniadanie zjedliśmy w bardzo dobrych nastrojach, rozmawiając o bzdetach. Już dawno, z żadnym facetem nie rozmawiało mi się tak dobrze.

- To co? Idziemy?- zapytał Miłosz, wycierając kubki. Była dokładnie 11:00.

- No w zasadzie możemy. Trochę się denerwuję.

- Przestań. Nie ma czym. Będzie dobrze. – dodał próbując mnie pocieszyć. Około 11:15 zebraliśmy wszystkie swoje manatki i wyszliśmy z mieszkania. Jednak na zewnątrz czekał na nas niezbyt miły dla mnie widok.

- Hi, Laura. Can we talk now?- naszym oczom ukazał się Jeremy, już nie w garniturze, a w jeansach i T-shircie z logiem The Beatles. Teraz bardziej przypominał „mojego” Jeremy’ego. O losie, co ja plotę.

- Hi. We have to go now…

- Oooh. We.

- Yeah. This is Miłosz. – wskazałam Jeremy’emu na mojego towarzysza. – A to Jeremy. Mój stary znajomy.

- Widzę. I rozumiem po angielsku.- dodał oburzony Miłosz wpatrując się w mojego „starego znajomego”.

- I’m sorry, but maybe another time.- odpowiedziałam mu, unikając kontaktu wzrokowego.

- You said it yesterday.

- Oo. Yesterady? Czy ja o czymś nie wiem?- dodał jeszcze bardziej oburzony Miłosz, co trochę mnie rozbawiło.

- Are you togehter? – wypalił nagle Jeremy. No tego to już było za wiele!

- It’s not your business. – odpowiedziałam i już chciałam iść, gdy nagle za rękę złapał mnie Miłosz i przyciągnął do siebie.

- Yes, we are. – powiedział Miłosz, a ja nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Przyciągnął mnie jeszcze bardziej do siebie i objął ramieniem.

- Oh. I see… So be happy. Take care, Bye.- odpowiedział zmieszany Jeremy, a ja nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Zmarszczył brwi, popatrzył na nas i odszedł.

- Dziękuję. – spojrzałam na Miłosza i oparłam głowę na jego ramię. Czułam, że czekało mnie tłumaczenie się ze wszystkiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz